Chorwacja to zdecydowanie nasz raj na ziemi! To mega niezwykłe uczucie budzić się w tym miejscu, wyjść na taras i móc podziwiać te widoki... A dzień zaczął się dla nas zdecydowanie szybciej, niż byśmy tego chcieli... no cóż, Kuba już się wyspał 😅 Michał zabrał Rudiego na poranny spacer, a my powoli szykowaliśmy się do śniadania.


Oczywiście śniadanie zjedliśmy na tarasie! Nie bylibyśmy w stanie odmówić sobie tej przyjemności 😊 Poranek był leniwy i powolny, jednak niedługo po śniadaniu zebraliśmy się w drogę! Warunek był jeden... Michał chciał odpocząć od jazdy i samochodu... jak dla mnie, nie ma problemu! Chyba wszyscy nie mieliśmy ochoty wsiadać dziś do auta.






Postanowiliśmy, że podobnie jak w 2013 roku, wejdziemy na Starą Podacę. Tym razem mieliśmy do pokonania dłuższą trasę, bo startowaliśmy z Bristu, a tamtym razem naszą bazą wypadową była właśnie urocza Podaca. Nie ma co dłużej zwlekać... ruszamy w drogę! Najpierw czekał nas cudowny spacer wzdłuż linii brzegowej, by z Podacy zacząć wchodzić pod górę. Trochę się tu pozmieniało od naszego ostatniego pobytu... krzaki jakby większe, turystów również więcej. 


Nie było łatwo... upał straszny i trochę dawało nam to w kość. W końcu tak na rozgrzewkę, już na początku pobytu w Chorwacji, postanowiliśmy zdobywać starą, opuszczoną osadę w górach 😅 ale nie ma co narzekać... nawet Kuba dawał radę!





Człowiek przestaje myśleć o zakwasach i zmęczeniu, gdy widzi takie widoki... no coś pięknego! 



Gornja Podaca została opuszczona w 1962 roku. Kolejne trzęsienie ziemi skłoniło miejscowych Chorwatów do przeprowadzenia się niżej, aż nad samo morze. Znajduje się tam również twierdza, która wybudowana została w celu obrony przed napadami Turków.




Znajduje się tu jeden z najcenniejszych obiektów z XII wieku w tym rejonie - kościół św. Jana wybudowany przez szlachciców Kačić oraz stary cmentarz, na który prowadzi niewielka skrzypiąca brama. Kościół św. Stefana z 1492 roku został zniszczony w XVIII wieku, a na jego miejscu wybudowano nowy w 1772 roku. 









To naprawdę mega klimatyczne miejsce... Te opuszczone domy, kościół, w którym do dziś odbywają się nabożeństwa, stara twierdza... Opuszczone miasteczko rozbudza wyobraźnię... no i te widoki na okolicę! Tym razem cała magia pobytu w miasteczku została trochę popsuta przez licznych turystów, ale i tak byliśmy szczęśliwi, że tu wróciliśmy. 





Droga powrotna jak zawsze minęła nam bardzo szybko... no i do tego z górki 😉 Rudi poszedł wygrzewać się na tarasie, a my w tym czasie szybko zjedliśmy obiad, ponownie zachwyciliśmy się widokami z tarasu, zabraliśmy rzeczy i pobiegliśmy na plażę 😁



Dzięki temu, że byliśmy tu przed sezonem wakacyjnym, mogliśmy cieszyć się plażą bez turytów... To prawie tak, jakbyśmy mieli prywatną plażę 😉 Kuba bardzo polubił wodne zabawy i liczne kamienie. My natomiast upodobaliśmy sobie materace wodne i nurkowanie z maskami 😀












Na kolację nasi gospodarze pomogli nam rozpalić grilla. Dostaliśmy również całą masę mandarynek z ich drzewka, butelkę domowego wina i oliwki 😊 



Spędziliśmy ten dzień naprawdę intensywnie, więc szybko padliśmy zmęczeni w łóżkach... zapomnieliśmy tylko o jednym... komary... a my jeszcze nie zdążyliśmy zaopatrzyć się w olejek lawendowy...

Długo czekaliśmy na ten dzień i w końcu nadszedł! Wieczorem 20 maja ruszyliśmy w drogę, by tym razem już z Kubusiem, podbić Bałkany! Choć ten wyjazd miał wyglądać zupełnie inaczej... rodzice Marty, dla których chcieliśmy zorganizować ten wyjazd, by odwdzięczyć się im za te wszystkie podróże, które wspólnie z nimi i dzięki nimi odbyliśmy, niestety nie mogli pojechać z nami. Bardzo tego żałowaliśmy, lecz nic nie moglismy zmienić... by nie zmarnować dużego apartamentu, pojechała z nami kuzynka Marty - Dominika. No to w drogę! 
Po krótkim wstępie przejdę do punktu pierwszego moich spostrzeżeń i przemyśleń:
1. Ta trasa poszła łatwiej i sprawniej (choć nie obyło się bez drobnych kryzysów) niż podróż do Anglii. Nie powiem żebym od tamtego czasu więcej jeździł czy coś w tym stylu. Nie... ale wiedziałem czego się spodziewać i przygotowałem się należycie psychicznie i fizycznie.
2. Pora roku i pogoda to kluczowe aspekty przy planowaniu podróży. Naprawdę podziwiam tych wszystkich kierowców ciężarówek... zresztą wszystkich kierowców, ale truckersi mają naprawdę kiepsko. bo nie ważne jaka pogoda, która godzina i ile czasu do wschodu słońca, oni muszą jechać dalej. Do czego zmierzam... Podróż do Anglii odbyliśmy w grudniu kiedy słońce późno wstaje, a wcześnie zachodzi. To strasznie zwiększa poczucie senności przez lunarną część podróży. Jadąc do Chorwacji słońce pozostawało długo z nami i dość wcześnie nas przywitało, choć nie powiem, bo pierwsza godzina trasy po wschodzie słońca nadal była senna i męcząca, ale około 6:30 znowu nabrałem sił i koncentracji. Przy podróży do Anglii nie grało to tak wielkiej roli, bo wschód słońca obejrzeliśmy z pokładu promu i zjechaliśmy z niego w miarę obudzeni. Gorzej było z powrotem z Anglii, bo do 8 rano, dopóki słońce nie dało o sobie mocno znać byłem mało przytomny i raczej jazda była zbiorem odruchów niż przemyślanym działaniem. Tu jak już pisałem, dzięki wczesnej porze wschodu słońca szybciej udało mi się dojść do siebie... hej... może ja mam w sobie coś z jaszczurki. Może też jestem zmiennocieplny i muszę się zagrzać w promieniach słońca? Marta czasem woła na mnie "padalec", więc może coś w tym rzeczywiście jest 🤣
3. Wiem że to czytacie (moi rodzice) i to nie jest przytyk do Was ani nic z tych rzeczy, ale muszę to przyznać. Nie lubię jeździć na 2 (lub więcej) auta. Po tej trasie to wiem. I tu od razu wyjaśniam... Wynika to przede wszystkim z mojej dziwnej psychiki. Mój tata jest świetnym kierowcą zawodowym od... nie pamiętam już nawet od ilu lat. W każdym razie mój mały ptasi rozumek wie o tym, a mimo to przez całą podróż połowa mojej koncentracji skupiała na myśli typu "czy na pewno nie zasypia", "czy wszystko w porządku". Innymi słowy martwiłem się jak cholera, bo znam swoje granice wytrzymałości, a mojego taty nie (choć na pewno są dużo większe), a nie chciałem żeby którykolwiek z nas jechał na siłę tylko po to, by nie spowalniać drugiego auta. Domyślam się, że moja niechęć do jazdy na dwa samochody bierze się też stąd, że po prostu mam za mało doświadczenia i nie umiem tak jeździć.
4. Autostrady... różnie to bywa. Często człowiek szuka skrótów lub omijania autostrad w obawie o korek, przed którym nie ostrzegł GPS albo po prostu autostrada prowadzi dłuższą drogą. I tu kolejne spostrzeżenie. Czasem nie warto uciekać z autostrady lub jej omijać, bo można wpakować się w naprawdę "klimatyczną" podróż leśnymi ścieżkami (uczęszczanymi jedynie przez kanibali z drogi bez powrotu lub sarny wyskakujące przed maskę). Tak się przydarzyło nam. Chcąc zaoszczędzić prawie 150 km trasy autostradą w kierunku Ostrawy, kierowaliśmy się na Kłodzko i dalej na Ołomuniec zwykłymi drogami. Ma to oczywiście swoje zalety, takie jak kręta, mniej usypiająca i wymuszająca skupienie trasa. Gorzej, kiedy wśród czeskich miasteczek i wsi pomylisz drogę i zamiast od razu zawrócić stwierdzisz, że przecież TA droga za 15 km łączy się z TĄ, którą powinniśmy jechać, więc jedziemy dalej... Straciliśmy prawie godzinę jadąc drogami, na które nie zapuszczają się nawet najstarsi Czesi, ale mieliśmy okazję pooglądać z bliska sarny, które patrząc na nas podnieconymi głosami mówiły między sobą "Ty, stara patrz, LUDZIE!!!" 😅
W każdym razie jakoś dobrnęliśmy do autostrady, a później już jakoś poszło.



Co do jazdy po Chorwacji, to muszę przyznać, że widoki po drodze robią swoje i skutecznie rozbudzają nawet najbardziej zaspane umysły.



Chorwacja... kraj 1000 i jednego tunelu 😁


Nasz dzielny bagażnikowy podróżnik też jakoś znosił tą podróż. W końcu miał już wprawę w tego typu wyjazdach 😉



I ta cudowna, lekko zakorkowana, ale jakże urocza droga magistralą. Do dziś pamiętam jak pierwszy raz pokonywaliśmy ją z Marty rodzicami... Zazdrościłem wtedy mojemu teściowi jazdy tymi zapierającymi dech slalomami niekończących się zakrętów. Odczuć związanych z przyspieszaniem w środku zakrętu i tym jak auto cudownie porusza się w zakrętach. Tym razem miałem tę przyjemność samemu to poczuć i muszę przyznać, że jest to wyjątkowe doznanie i ogromna przyjemność. I tak, wiem, autostradą było by szybciej, ale za nic nie przegapiłbym tej drogi wśród traw, kwiatów, skał i Adriatyku. 


Jedna uwaga... Zapomniałem dodać, że Chorwacja to dla kierowców niesamowite wrażenia z jazdy... ale również niezapomniane parkowania i przejazdy bocznymi uliczkami. Co do parkowania to wykorzystuje się tu każde możliwe miejsce, a strome podjazdy, do których Chorwaci są przyzwyczajeni, dla niektórych kierowców, zwłaszcza niedzielnych, mogą stanowić wyzwanie i to nie lada. Jesteś przekonany, że na tym miejscu dla jednego samochodu nie zaparkuje nikt przy zdrowych zmysłach... niespodzianka. Parkują tam dwa samochody, a kąt nachylenia parkingu... a, szkoda gadać. Można złapać stresa. My natomiast mieliśmy inny stresik. Apartament Mladenka leży zaraz przy morzu i to jest piękne... Szkoda tylko, że ulica, którą się tak dojeżdża (czy raczej uliczka) jest szerokości może z 2,5 max 3 m, nie ma tam prawie gdzie się minąć (prócz co jakiś czas małych zatoczek), a Chorwaci potrafią jeździć nimi naprawdę szybko. Nie mniej uważam, że jak zmieścisz się na chorwackich ulicach, dasz radę ruszać pod takie podjazdy jak u nich i poradzisz sobie z manewrowaniem samochodem w tych ciasnych przestrzeniach, to naprawdę ciężko, by coś kiedykolwiek cię zaskoczyło lub wystraszyło. Chorwacja tak jak Anglia, daje naprawdę dobrą i ciekawą lekcję jazdy, manewrowania, orientacji w terenie oraz dynamicznej jazdy w ciasnych zakrętach i operowania biegami. To było fajne doświadczenie i naprawdę solidna lekcja.

Udało się! Po 16 godzinach jazdy, z przeróżnymi przygodami w trasie... dojechaliśmy do Bristu! Zawsze uważamy, że jak jechać do Chorwacji to tylko do Dalmacji! To nasze ukochane miejsce i widoki... to coś, czego nie da się opisać słowami. Nie była to łatwa droga, wszyscy byliśmy już bardzo zmęczeni, lecz gdy w końcu zaparkowaliśmy przed Apartamentem, gdy przywitali nas nasi gospodarze... jakoś wróciły nam siły 😃 Byliśmy po prostu oczarowani zarówno apartamentem, jak i samą okolicą. A gdy zobaczyliśmy nasz taras, wiedzieliśmy, że jesteśmy w raju!







Trochę się ogarnęliśmy i ruszyliśmy na plażę! Kuba pierwszy raz był nad morzem... no może nie pierwszy, w końcu płynął promem do Anglii przez Cieśninę Kaletańską... lecz pierwszy raz zanurzył swoje małe stópki (i nie tylko) w morzu 😁 Co to było za przeżycie, co to była za radość! Ale największą frajdą były dla niego kamienie na plaży! No po prostu rewelacja! A dla nas powrót tu wiązał się z całą masą wspomnień z wyjazdu z moimi teściami oraz z naszych bolkowych wojaży...  Może to nie typowe, może powinniśmy podbijać nowe miejsca, ale my... lubimy wracać.







Po zapoznaniu z morzem i okolicą, stwierdziliśmy, że nie ma co dłużej łazić. Zmęczenie wracało, ale nie ma się co dziwić! 16 godzin w podróży jednak swoje robi. Ale dla nas, jeśli chodzi o podróż na Bałkany, to tylko auto wchodzi w grę! Jesteśmy niezależni, mobilni, zwiedzamy co chcemy! Chyba nigdy nie będziemy typami zwykłych plażowiczów 😅


Kolację zjedliśmy w takich okolicznościach przyrody... przepiękny taras i zachodzące słońce! Do pełni szczęścia brakowało nam tu tylko moich teściów, lecz dzięki dzisiejszym możliwościom techniki mogliśmy być z nimi w stałym kontakcie i pokazywać im wszystko na skype. Te zachody słońca to coś co naprawdę zostaje w pamięci chyba na zawsze.



To był dzień pełen atrakcji, przygód i masy nowych doświadczeń. Lecz chyba każdy dzień w podroży się z tym wiąże. Padliśmy tak zmęczeni, nawet nie wiem kiedy. Plany na następny dzień były ambitne, więc nie pozostało nam nic innego, jak nocna regeneracja sił...