"Podróżować znaczy żyć. A w każdym razie żyć podwójnie, potrójnie, wielokrotnie." - Andrzej Stasiuk

niedziela, 24 lipca 2016

Podróż poślubna - dzień drugi

Jak przyjemnie jest budzić się ze świadomością, że znowu jesteśmy tak daleko od domu i przeżywamy kolejną, wspólną przygodę :) Zaraz po śniadaniu zjedzonym w hotelowej stołówce, ruszyliśmy w drogę, by poznać trochę miasteczko, w którym mieliśmy mieszkać przez najbliższy tydzień :) Idąc hotelowymi alejkami Oasis Village można odnieść wrażenie, że samo w sobie tworzy malutkie miasteczko. Ośrodek otoczony jest wspaniałym ogrodem, a w swojej ofercie posiada spory basen zewnętrzny. 
Adres hotelu: Avenida Fuerteventura 3, 35660 Corralejo, Hiszpania








Ulica, na którą wychodziliśmy z naszego hotelu, bardzo przypadła nam do gustu. Liczne palmy przywodziły na myśl Beverly Hills, choć oczywiście wcale mu nie dorównywały, to była to taka nasza malutka wersja ;)


Corralejo to miasto w Hiszpanii na północnym krańcu wyspy Fuerteventura (Wyspy Kanaryjskie). Leży ono na powierzchni około 2,5 km², co czyni je największym ośrodkiem wypoczynkowym wyspy. Plaże miejskie są położone w zatoczkach i ograniczone skałami wulkanicznymi. W mieście znajduje się Park Wodny (Baku Family Park) oraz stadion piłkarski. W pobliżu znajdują się piaszczyste wydmy, na których w 1982 roku utworzono Park Narodowy. Corralejo przeszło transformacje z malutkiej wioski rybackiej w jeden z najbardziej znanych kurortów turystycznych. W północnej części pozostało tradycyjne miasteczko rybackie z odrestaurowanym wiatrakiem stojącym w centrum. Większość zabudowań znajduje poza starą częścią miasta. Miasto posiada regularne połączenia promowe na Lanzarote i Los Lobos.

Ponieważ miasto nie posiada dużej ilości zabytków, nasze zwiedzanie przybrało bardziej charakter spaceru i zapoznania się z okolicą, niż szukania konkretnych miejsc i odznaczania ich na liście "must see".   
Udaliśmy się najpierw do południowej części miasteczka by zobaczyć z bliska wcześniej mijany zabytkowy wiatrak, których jest pełno na całej wyspie. Są jej znakiem rozpoznawczym. Większość stanowi już tylko atrakcję turystyczną, ale niektóre w głębi lądu wykorzystuje się jeszcze do nawadniania pól i produkcji prądu. 





Oczywiście nie mogło zabraknąć zdjęcia z palmą :) Tak bardzo brakuje nam takich widoków w naszym mieście... Dlatego na nasze wakacje najczęściej wybieramy ciepłe kraje. 


W pobliżu wiatraka znajduje się Pomnik Mamandyou Skulptur, który jest jedną z atrakcji turystycznych miasteczka Corralejo.




Fuerteventura to taki mały raj dla miłośników zdjęć przyrody i egzotycznych roślin. Nie mogłam przejść obojętnie obok kwiatów i kaktusów, rosnących sobie swobodnie, tak naturalnie przy ulicy, co u nas, jeśli mowa o kaktusach, jest zjawiskiem raczej niespotykanym ;) 










Po około 30 minutach robienia zdjęć, zachwycania się urokami miejscowej flory, oraz podziwiania architektury i zabudowy Corralejo dotarliśmy wreszcie na plaże. Plaża w miasteczku nie należny do tych zachęcających do kąpieli, a to dlatego, że na odcinku 3 km zamiast piaszczystej plaży mamy plaże wulkaniczną. Wiedzieliśmy natomiast, że w pobliżu miasteczka jest piękna plaża, dlatego zamiast załamywać się, że mamy tylko ten skrawek plaży, mogliśmy śmiało podziwiać te przepięknie, niespotykane dla nas widoki ;) W końcu na plażowanie mieliśmy przeznaczony inny dzień i inne miejsce ;)






Bardzo szybko dostrzegliśmy uroki tego miejsca. Te niesamowite kolory, niecodzienne widoki, idealnie widoczna wyspa Lobos. Pierwszy raz byliśmy na tak różnorodnej plaży, utworzonej przez erupcję wulkanu. 



Byliśmy zachwyceni gdy odkryliśmy ile ryb i morskich stworzeń znajduje się w zatoczkach i szczelinach powstałych w skałach. Akurat był odpływ, więc mogliśmy wbiec na czarne skały i sfotografować przeróżne żyjątka ;) Bawiliśmy się przy tym świetnie, nawet pomimo dość mocnego wiatru. W końcu to Wyspy Kanaryjskie, zawsze tu wieje ;)















Niedaleko portu znajduje się nieduży fragment plaży piaszczystej, ale nie korzystaliśmy z niej ponieważ 2 km dalej na południe wyspy na wysokości hotelu Riu zaczynały się najpiękniejsze plaże na Fuerteventurze, ale o tym w kolejnych postach ;) 







Wracając do naszego hotelu weszliśmy do knajpki na najlepszego burgera, jakiego do tej pory jedliśmy! Szkoda tylko, że zgubiliśmy ulotkę z tego miejsca. Jeśli kiedyś się znajdzie, na pewno podamy tu jej nazwę i adres ;)



Jak zwykle zachwycałam się każdym napotkanym kaktusem i pytałam Michała, czy możemy go wziąć ze sobą do domu, na co zawsze odpowiadał przecząco, tłumacząc przemądrzałym tonem, że celnicy mogliby się lekko zdziwić gdyby zobaczyli u nas w walizce ponad 20 gatunków kaktusów. I choć tylko żartowałam to przynajmniej przez chwile Michał mógł udać specjalistę w dziedzinie wywozu kaktusów ;) Fajnie mieć kogoś, z kim pomimo tylu wspólnych podróży, wspólnego życia i prawie każdej chwili spędzanej razem, można czuć się swobodnie i nigdy się nie nudzić ;) Takiej miłości połączonej  z przyjaźnią życzymy każdemu ;)



Nieopodal Corralejo znajduje się częściowo zapadnięty krater wulkaniczny. Chcieliśmy wybrać się tam pieszo by zobaczyć go z bliska lecz palące słońce dość szybko wybiło nam to z głowy.


Na koniec dnia, chcąc zrelaksować się po całym dniu pieszych wycieczek, wskoczyliśmy do hotelowego basenu i korzystaliśmy z uroków leżakowania pod palmami. 


Byliśmy naprawdę pod wrażeniem miasteczka, w którym mieliśmy tymczasowo mieszkać. Nie jest to typowo turystyczne, pełne zabytków miejsce, ale wiedzieliśmy o tym. Wybierając Fuerteventurę na naszą podróż poślubną, wybraliśmy ją ze względu na widoki, których do tej pory nie dane nam było oglądać ;) Pomimo tego, że miejscowość nie należny do dużych, to i tak po obiadokolacji, padliśmy zmęczeni w naszym pokoju i oglądaliśmy zdjęcia z tego dnia :)