Trzeci dzień na Bałkanach przywitał nas chmurami i deszczową pogodą. Na ten dzień mieliśmy zaplanowaną wycieczkę do Dubrownika. Sprawdziliśmy pogodę... przez najbliższe dwa tygodnie zapowiadają tam deszcz. No cóż... W takim razie nie zmieniamy planów i jedziemy dzisiaj, skoro pogoda nie zamierza się poprawić 😅 z resztą, byliśmy w Dubrownik już dwa razy, więc raz możemy mieć gorszą pogodę. 



Zjedliśmy śniadanie, zaplanowaliśmy trasę, znaleźliśmy parking i w drogę! Jadąc z Bristu do Dubrownika trzeba przejechać przez terytorium Bośni i Hercegowiny, dlatego niezbędną jest nam zielona karta. Trzeba swoje odstać na granicy, choć poszło w miarę szybko. Najpierw zrobiliśmy drobne zakupy w Lidlu i skierowaliśmy się w stronę parkingu. Widok na stare miasto z góry zawsze nas zachwyca... 


Wiedzieliśmy, że nie znajdziemy tu darmowego parkingu w pobliżu centrum, więc nawet nie zamierzaliśmy bo szukać. Auto zostawiliśmy na parkingu w pobliżu starego miasta, gdzie cena była całkiem przyzwoita, jeśli tak to można nazwać. Niestety zaraz po wyjściu z parkingu krytego przyszła potworna ulewa, a do tego grzmiało i błyskało co chwila. Przeczekaliśmy chwilę i mimo niesprzyjających warunków pogodowych, ruszyliśmy na miasto! W końcu nie po to tu jechaliśmy, żeby teraz wracać :)
PS. Całe szczęście, że poczekaliśmy bo po 20 minutach zaczęło się trochę przejaśniać, a przynajmniej ulewa zmieniała się w lekki letni deszcz.



Pierwszym naszym celem była plaża, którą odkryliśmy na Bolku w 2014 roku... Trochę się tu zmieniło od tego czasu, ale widoki nadal zachwycały. Pogoda była bardzo kapryśna i co chwila deszcz ustawał, by zza moment powrócić, więc szybko ruszyliśmy dalej, chcąc choć na chwilę poczuć niezwykły klimat tego Dubrownika.







Idąc dalej trafiliśmy do zbudowanej w latach 1438-1444 wielkiej studni Onofria. A stąd jest już naprawdę fajny widok na mury obronne.


Tym razem również nie skusiliśmy się na spacer murami obronnymi. Pogoda była kiepska, a mając do wyboru pozwiedzanie miasta i spacer po murach, zdecydowanie bardziej woleliśmy labirynt wąskich uliczek 😉 A mury? Może kiedyś...


Gdy byliśmy już blisko wieży dzwonniczo–zegarowej z XV w. zaczęło kropić... Niestety drobny deszczyk zmienił się w mocną ulewę, którą chcieliśmy przeczekać.


Po krótkim postoju, pomimo deszczu, zdecydowaliśmy, że odwiedzimy jeszcze port... to jedno z moich ulubionych miejsc 😊 Strasznie żałuję, że nie udało nam się odbyć tej podróży w takim składzie, jakim planowaliśmy...  



Ulewa niestety nie odpuszczała, więc skierowaliśmy się w stronę parkingu. Mokrzy wsiedliśmy do naszej Zafiry... 7 osób i mokry pies... 
Choć pogoda była nam nieprzychylna, to siedząc w ciepłym domu i popijając kawę, miło wspominamy tamten dzień. Mocno nietypowe zwiedzanie przy mocno nietypowej pogodzie... ale czy nie o to chodzi właśnie w podróżowaniu? Żeby pomimo przeciwności realizować założone plany. Poza tym, nie pamiętam, żeby ktokolwiek wracał smutny lub niezadowolony. Pamiętam natomiast uśmiechnięte miny, śpiewane piosenki i głośne konwersacje. Tak... czasami właśnie takie zwiedzanie daje najwięcej satysfakcji, przyjemności i niezapomnianych wrażeń. Bo w końcu, ile osób może pochwalić się fajnym zwiedzaniem, w dobrej atmosferze, pomimo złej pogody? Znaczna większość turystów w taki dzień nie ruszyłaby się z hotelu, a my... cóż, my jesteśmy nietypowi i dobrze nam z tym 😉


Jak co roku przyszedł czas na przemyślenia i podsumowanie minionego roku... na blogu mnóstwo zaległości. Obiecujemy, że niedługo postaramy się to nadrobić, a to dlatego, że ten rok nie był dla nas dobry... Zapowiadał się naprawdę rewelacyjnie, w głowach mnóstwo planów na podróże i krótkie wycieczki, jednak wszystko zmieniło się w marcu, gdy u mojego Taty zdiagnozowano raka płuc... Poważnie straciliśmy grunt pod nogami i nie wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać w najbliższych miesiącach, choć mieliśmy świadomość tego, że nie będzie dobrze. Wyjazd do Chorwacji, który zorganizowaliśmy, by odwdzięczyć się moim rodzicom za te wszystkie wyjazdy, w których nam pomogli i które przeżyli z nami, nagle przestał nas totalnie cieszyć... pojechaliśmy tylko dlatego, że Tata powiedział, żebyśmy jechali... nie tak to miało wyglądać. Tata przegrał walkę 26 października... a my byliśmy przy nim do samego końca. Był naprawdę wspaniałym człowiekiem... To on zaszczepił we mnie pasję podróżnika i chęć odkrywania świata i zawsze był dla nas autorytetem. Strasznie ciężko nam się z tym pogodzić, ale musimy żyć dalej...
W 2018 roku były też dobre chwile. Kilka udanych wycieczek i wyjazdów razem z naszym Kubusiem, który już tak dużo rozumie i tak bardzo się zmienił. Prawdziwy podróżnik nam rośnie 😉 Obroniłam licencjat na studiach i zaczęłam magisterkę z Zarządzania. Michał natomiast dzielnie przygotowuje się do obrony pracy inżynierskiej.
Było sporo dobrych i złych momentów, jednak mamy nadzieję, że rok 2019 będzie dla nas dużo lepszy... planów mamy sporo, trochę mniej podróżniczych, choć kilku wycieczek na pewno nie odpuścimy 😉 A plany bardzo ambitne, więc trzymajcie kciuki 😉
Życzymy Wam standardowo, tego co zawsze... Niech nadchodzący 2019 rok będzie jeszcze lepszy i da wam dużo radości. Spełniajcie swoje marzenia, realizujcie plany, zawsze uparcie dążcie do celu! Życzymy wam dużo szalonych podróży, tanich biletów, samych pięknych kadrów i niesamowitych przeżyć. Po prostu SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! 😃


Małe przypomnienie naszego roku:
MARZEC: Karpacz
KWIECIEŃ: Zalew Mietkowski
MAJ: Brist, Dubrownik, Split, Trogir, Wyspa Hvar, Mostar, Medjugorie, Wodospady Kravica
CZERWIEC: Zakopane, Gubałówka, Kasprowy Wierch, Kraków
LIPIEC: Warszawa, Londyn
SIERPIEŃ: Teplickie Skalne Miasto, Muzeum Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej
WRZESIEŃ: Muzeum Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej, Ślęża, Londyn
PAŹDZIERNIK: Londyn
LISTOPAD: Londyn
GRUDZIEŃ: Muzeum Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej




Chorwacja to zdecydowanie nasz raj na ziemi! To mega niezwykłe uczucie budzić się w tym miejscu, wyjść na taras i móc podziwiać te widoki... A dzień zaczął się dla nas zdecydowanie szybciej, niż byśmy tego chcieli... no cóż, Kuba już się wyspał 😅 Michał zabrał Rudiego na poranny spacer, a my powoli szykowaliśmy się do śniadania.


Oczywiście śniadanie zjedliśmy na tarasie! Nie bylibyśmy w stanie odmówić sobie tej przyjemności 😊 Poranek był leniwy i powolny, jednak niedługo po śniadaniu zebraliśmy się w drogę! Warunek był jeden... Michał chciał odpocząć od jazdy i samochodu... jak dla mnie, nie ma problemu! Chyba wszyscy nie mieliśmy ochoty wsiadać dziś do auta.






Postanowiliśmy, że podobnie jak w 2013 roku, wejdziemy na Starą Podacę. Tym razem mieliśmy do pokonania dłuższą trasę, bo startowaliśmy z Bristu, a tamtym razem naszą bazą wypadową była właśnie urocza Podaca. Nie ma co dłużej zwlekać... ruszamy w drogę! Najpierw czekał nas cudowny spacer wzdłuż linii brzegowej, by z Podacy zacząć wchodzić pod górę. Trochę się tu pozmieniało od naszego ostatniego pobytu... krzaki jakby większe, turystów również więcej. 


Nie było łatwo... upał straszny i trochę dawało nam to w kość. W końcu tak na rozgrzewkę, już na początku pobytu w Chorwacji, postanowiliśmy zdobywać starą, opuszczoną osadę w górach 😅 ale nie ma co narzekać... nawet Kuba dawał radę!





Człowiek przestaje myśleć o zakwasach i zmęczeniu, gdy widzi takie widoki... no coś pięknego! 



Gornja Podaca została opuszczona w 1962 roku. Kolejne trzęsienie ziemi skłoniło miejscowych Chorwatów do przeprowadzenia się niżej, aż nad samo morze. Znajduje się tam również twierdza, która wybudowana została w celu obrony przed napadami Turków.




Znajduje się tu jeden z najcenniejszych obiektów z XII wieku w tym rejonie - kościół św. Jana wybudowany przez szlachciców Kačić oraz stary cmentarz, na który prowadzi niewielka skrzypiąca brama. Kościół św. Stefana z 1492 roku został zniszczony w XVIII wieku, a na jego miejscu wybudowano nowy w 1772 roku. 









To naprawdę mega klimatyczne miejsce... Te opuszczone domy, kościół, w którym do dziś odbywają się nabożeństwa, stara twierdza... Opuszczone miasteczko rozbudza wyobraźnię... no i te widoki na okolicę! Tym razem cała magia pobytu w miasteczku została trochę popsuta przez licznych turystów, ale i tak byliśmy szczęśliwi, że tu wróciliśmy. 





Droga powrotna jak zawsze minęła nam bardzo szybko... no i do tego z górki 😉 Rudi poszedł wygrzewać się na tarasie, a my w tym czasie szybko zjedliśmy obiad, ponownie zachwyciliśmy się widokami z tarasu, zabraliśmy rzeczy i pobiegliśmy na plażę 😁



Dzięki temu, że byliśmy tu przed sezonem wakacyjnym, mogliśmy cieszyć się plażą bez turytów... To prawie tak, jakbyśmy mieli prywatną plażę 😉 Kuba bardzo polubił wodne zabawy i liczne kamienie. My natomiast upodobaliśmy sobie materace wodne i nurkowanie z maskami 😀












Na kolację nasi gospodarze pomogli nam rozpalić grilla. Dostaliśmy również całą masę mandarynek z ich drzewka, butelkę domowego wina i oliwki 😊 



Spędziliśmy ten dzień naprawdę intensywnie, więc szybko padliśmy zmęczeni w łóżkach... zapomnieliśmy tylko o jednym... komary... a my jeszcze nie zdążyliśmy zaopatrzyć się w olejek lawendowy...