Przejdź do głównej zawartości

Bolek 2014 - dzień szósty

6 sierpnia 2014

Całą noc padał deszcz i potwornie grzmiało, dlatego cieszyliśmy się, że zostaliśmy w suchym i bezpiecznym autokarze. Wyspaliśmy się i było nam ciepło. Dopiero o godzinie 6 obudziło nas wezwanie do modlitwy z meczetu. Przynajmniej bez patrzenia na zegarek wiedzieliśmy, która jest godzina ;)
Gdy wszyscy wrócili do autokaru, ruszyliśmy w drogę do stolicy Bośni i Hercegowiny.


W drodze cały czas padał deszcz. Widzieliśmy podtopione domy i wylewające rzeki... Nie mieliśmy co robić, więc graliśmy w szachy. Robił się straszny korek.



Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, co jest przyczyną naszego dwugodzinnego opóźnienia. Na główną drogę dojazdową do stolicy, przez ciągłe ulewy osunęła się ziemia z gór, a dalej dosłownie zrobiła się rzeczka i mały wodospad! Wszyscy robiliśmy zdjęcia i obserwowaliśmy to, co działo się za oknami. Bolek wypuścił nas na chwilę z autokaru, wszyscy biegliśmy za potrzebą pod mostek, a autokar stał w korku ;)









Zatrzymaliśmy się na najbliższej stacji paliw, 70 km od Sarajewa, żeby coś zjeść i się umyć. Kolejka do toalet była krótka, za to do umywalek (były tylko 3) ciągnęła się strasznie. W końcu każdy chciał się umyć ;) Mycie się w umywalkach jest genialne! Uwielbiamy zdziwione miny ludzi, gdy widzą jak myjemy głowy ;) Okazało się, że "poranna toaleta", zajęła nam aż godzinę! Ale przynajmniej byliśmy czyści i czuliśmy się świeżo. 


W drodze do Sarajewa w końcu przestało padać! Bardzo nas to ucieszyło, bo chcieliśmy zwiedzić stolicę bez deszczu ;)




Czekanie na wrzątek w autokarze zajmuje trochę czasu, jednak warto się pomęczyć, żeby poczuć "Słodką chwilę radości" co widać na zdjęciu poniżej ;)


W Sarajewie ponad godzinę szukaliśmy miejsca do zaparkowania autokaru... W końcu Pan Tadziu zatrzymał się parę kilometrów od centrum miasta obok meczetu. Tym razem meczet był bardziej wypasiony, miał dwie wieże ;)





Potrzebowaliśmy chwili żeby się przebrać i już po chwili ruszyliśmy w siódemkę na zwiedzanie miasta! Postanowiliśmy podjechać tramwajem i była to naprawdę świetna decyzja. Bolkowe 2 km to co najmniej 5 km w rzeczywistości ;)


Sarajewo – zamieszkiwana przez ponad 300 tyś. osób stolica Bośni i Hercegowiny. Miasto zostało założone przez Turków Osmańskich w 1462 r. Sarajewo zostało bardzo mocno zniszczone przez działania wojenne w latach 1992-1995. Stolica położona jest w centralnej części Bośni i Hercegowiny, na wysokości 500 m n.p.m. Znaczna część miasta jest położona na stromych stokach. Wpływa to na zabudowę oraz układ ulic. Okoliczne góry obfitują w ośrodki narciarskie. Sarajewo zajmuje powierzchnię 142 km² i przecięte jest przez rzekę Miljacka. Nieopodal dzielnicy Ilidża znajduje się piękne źródło rzeki Bośnia – Vrelo Bosne. Z Sarajewa pochodzi wiele znanych postaci, m.in.: pisarz Ivo Andrić, reżyser filmowy Emir Kusturica, a także muzyk i kompozytor Goran Bregović.


Zwiedzanie zaczęliśmy od Teatru Narodowego. Od razu szukaliśmy też informacji turystycznej, bo nie mieliśmy ze sobą mapki.




Po drodze zapytaliśmy policjantkę o informację turystyczną. Zrozumiała i pomogła nam ;)




Po wzięciu mapki z punktu informacji turystycznej poszliśmy zwiedzać miasto. Na mapce wszystko było ładnie rozplanowane, więc nie mieliśmy prawa się zgubić :)



Ratusz w Sarajewie (boś. Vijećnica) to zabytkowa siedziba władz miejskich Sarajewa. Położony jest na zabytkowej starówce, na skraju Baščaršiji. Uroczyste otwarcie miało miejsce w 1895 roku. Po II wojnie światowej w budynku tym mieściła się Biblioteka Narodowa, zbombardowana w 1992. W pożarze spłonęło wówczas 90% ksiąg i manuskryptów. Ratusz jest jednym z symboli architektonicznych Sarajewa.





Baščaršija to główny bazar w Sarajewie, położony na starówce. Bazar o wielowiekowych tradycjach zaaranżowany jest na planie okręgu. Jego nazwa pochodzi z języka arabskiego i oznacza właśnie krąg. Plac jest zabudowany kamiennymi kramami, z których wiele posiada własne podwórka. Obiekt zawsze służył wyłącznie handlowi i nie był nocą zamieszkały. Wówczas pilnowali go specjalnie wyznaczeni strażnicy, którzy pobierali za ochronę spore haracze od kupców, którzy zapomnieli zamknąć swój kram. Centralnym punktem bazaru jest charakterystyczna studnia Sebilj – pozostałość po jednym z pierwszych w europie wodociągów.
Właśnie w tym miejscu wymieniliśmy trochę pieniędzy, na ichniejszą walutę ;)





W Sarajewie na każdym kroku widoczny jest jakiś meczet. Jest ich mnóstwo! Postanowiliśmy wejść na teren jednego z nich, jednak nie odważyliśmy się wejść do środka świątyni. 

Begova džamija, czyli meczet Gazi Husrev-bega, to zabytkowy meczet, znajdujący się na starym mieście w Sarajewie. Uznawany jest za jeden z najlepszych architektonicznie obiektów sakralnej architektury muzułmańskiej na Bałkanach. Zbudowany został w latach 1530-1537 z inicjatywy bośniackiego władcy – Gazi Husrev-bega. Architekt odpowiedzialny za budowę wzorował się na rozwiązaniach ze Stambułu. Kopuła meczetu ma 26 m wysokości, a minaret 45 m. Obok niego znajdują się dwa turbety – wieżowe grobowce islamskie – z których jeden stanowi mauzoleum Husrev-bega.





Następnie poszliśmy zobaczyć Medresa Seldžukija, jest to zabytkowa muzułmańska szkoła religijna, znajdująca się na starym mieście w Sarajewie, przy ulicy Sarači. Szkoła założona została w 1537 roku na cześć matki bośniackiego władcy Gazi Husrev-bega. Wówczas nauczano tu 10 przedmiotów. Zawiera duże atrium i 12 sal wykładowych z kopułami.



Idąc dalej robiliśmy się coraz bardziej głodni, dlatego zaczęliśmy szukać McDonalda. Po drodze zobaczyliśmy jeszcze bezistan, czyli kryty bazar, rodzaj murowanej hali targowej. 



Dotarliśmy również do miejsca, które nas zachwyciło, była to Katedra Serca Jezusowego - rzymskokatolicka katedra, usytuowana przy Trgu fra Grge Matića. Wybudowana została w latach 1884-1889 i była pierwszą rzymskokatolicką katedrą w Sarajewie od czasu zburzenia kościoła katolickiego pod koniec XVII wieku. Neogotycka katedra posiada dwie wysokie dzwonnice, a pomiędzy nimi, nad wejściem znajduje się ogromna rozeta.

Pomnik Jana Pawła II w Sarajewie





Zwiedzając miasto doszliśmy do wniosku, że nie tego się spodziewaliśmy. Byliśmy przekonani, że Sarajewo będzie bardzo zniszczone, a ślady wojny widoczne będą na każdym kroku. Zamiast tego zastaliśmy wspaniale odremontowane miasto, pełne meczetów, ruchliwych ulic i tłumów turystów. Przykrym dla nas widokiem były bezdomne psy... całe mnóstwo bezdomnych psów, śpiących w centrum miasta... 



W McDonaldzie okazało się, że nie ma kontaktów (tzn. był jeden, ale w niezbyt ciekawym miejscu...). Mimo to kupiliśmy coś do jedzenia i posiedzieliśmy tam przez chwilę korzystając z uroków WiFi.
Następnie poszwędaliśmy się trochę po mieście, zrobiliśmy zakupy w Konzumie (pomidory, chleb, cebula, śmietana i serek z polski :) ), pomału kierowaliśmy się już w stronę przystanku tramwajowego. 




Byliśmy zmęczeni, dlatego bardzo ucieszył nas widok znajomego nam meczetu. Długo zastanawialiśmy się gdzie będziemy spać, ale okazało się, że ktoś już pytał czy możemy spać na terenie parkingu należącego do meczetu, a w odpowiedzi usłyszał, że nie ma sprawy, bo oni pomagają biednym ;) Tak więc biedni bolkowicze rozłożyli swoje namioty i zaczęli ucztować!










O godzinie 22 kolejny raz słyszeliśmy wezwanie do modlitwy. Dwie wieże meczetu były bardzo głośne... Czuliśmy się tu całkiem bezpiecznie dlatego szybko udało nam się zasnąć :)

Komentarze

  1. Też mi się wydawało, ze Sarajewo będzie jeszcze nosiło rany powojenne. Wasza relacja pokazuje coś zupełnie innego. Niesamowite jest miejsce z tak pomieszaną kulturą.
    I refleksja z innej beczki- największym przyjacielem polskiego podróżnika (bez względu na środek lokomocji) jest kisiel instant, zupka w proszku lub owsianka instant :) Pozdrawiam znad Bałtyku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedni bolkowicze :P Marta z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Fotki super!

    OdpowiedzUsuń
  3. Sarajewo nosi rany po najdłuższej od czasów II Wojny Światowej okupacji. Tylko trzeba np. patrzeć pod nogi, by znaleźć "Sarajewskie Róże". Wiele domów nadal ma ślady po kulach, a cała stolica BiH jest usiana białymi cmentarzami, których nagrobki opatrzone są datami z lat 90tych. Inna sprawa, że jak człowiek się kręci po centrum, to jednak nie zobaczy prawdziwego oblicza tego miasta. A wystarczy pójść w bok i już mamy namacalne ślady wojny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ślady po kulach widzieliśmy, Sarajewskie róże i białe cmentarze również. Po prostu nie zrobiło to na nas takiego wrażenia jak Vukovar. Na zwiedzanie miasta mieliśmy 5 godzin, dlatego woleliśmy skupić się na zabytkowym, odremontowanym centrum.

      Usuń
  4. Jesteście niezwykłą ekipą. Wycieczki zazdroszczę. Nie powiem, ponosicie koszta ( i mam tu na myśli jedynie wygodę itp.), ale chyba satysfakcja z takich podróży jest ogromna. Jak sobie pomyślę o młodych ludziach, którzy w tym czasie wylegiwali się w hotelach "5 stars", na wczasach all inclusive u boku mamusi i tatusia, to śmiać mi się chce. To jest podróż i prawdziwe zwiedzanie, w ten sposób jest się takim świadomym, "czującym" turystą. Szacun ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za miłe słowa :) Satysfakcja faktycznie jest ogromna, tyle ile zobaczyłam na tych wyjazdach, nigdy nie zobaczyłabym jadąc na all inclusive ;)

      Usuń
  5. Przejeżdzaliśmy mniej więcej tą trasą dwa dni przez Wami i na szczęście podtopień czy urwisk nie było, choć trochę się tego bałam.
    Podpinam się pod post wyżej- takie podróżowanie to prawdziwe podróżowanie :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękujemy wszystkim za komentarze! Jest nam bardzo miło, że czytacie naszego bloga :)

Popularne posty z tego bloga

Zakopane - dzień trzeci (Gubałówka)

10 listopada 2014 - trzeci dzień pobytu w Zakopanem.
Obudziliśmy się naprawdę wyspani. Nie mieliśmy jakiś większych planów na ten dzień, a nasi znajomi byli w pracy. Po śniadaniu zdecydowaliśmy, że nie będziemy przecież siedzieć w domu, bo to aż grzech! Stwierdziliśmy, że wybierzemy się na Gubałówkę, która jest jednym z najczęściej odwiedzanych i najpopularniejszych miejsc w Zakopanem. Przed wyjściem, sprawdziliśmy jeszcze, czy będzie można wjechać z psem kolejką, bo nie chcieliśmy przeciążać bolącej łapki Mordka. 
Przeszliśmy przez znajdujący się pod Gubałówką plac targowy, na którym można kupić dosłownie wszystko! Od płaszczy i innych ubrań, poprzez pamiątki, aż do oscypków i innych wyrobów.



Na Gubałówkę prowadzi kolej linowo-terenowa z Zakopanego, wybudowana w 1938 roku, długości 1298 m, przy różnicy wysokości ok. 300 m., zmodernizowana w 2001 roku. 

Więcej informacji i cennik na stronie.
Ustawiliśmy się w gigantycznej kolejce i czekaliśmy... W końcu jednak kupiliśmy bilety o parę…

Zamek Książ

Małymi krokami przyzwyczajamy naszego podróżnika do wycieczek. Nie możemy narzekać, bo w aucie Kubuś jest bardzo grzeczny, dlatego śmiało planujemy kolejne wyjazdy ;) Tym razem zabraliśmy młodego do jednego z największych zamków w Polsce i Europie, a już na pewno największego na Dolnym Śląsku, czyli do Zamku Książ :) 
Podróż nie trwałą długo, a Kubuś przez większość drogi nie spał, więc spodziewaliśmy się, że niedługo zaśnie nam w wózku. Auto zostawiliśmy na parkingu i skierowaliśmy się w stronę punktu widokowego. Idąc na punkt podziwialiśmy przepiękne, wiekowe rododendrony :)

Zamek w Mosznej

Planując miejsce na naszą sesję ślubną myśleliśmy, że wybierzemy Zamek Kliczków, w którym odbyło się nasze wesele. Im bliżej było do dnia sesji, tym większe mieliśmy wątpliwości. W końcu zdjęcia w Kliczkowie już mamy... i wtedy natrafiliśmy przypadkiem na zdjęcia z Zamku Moszna. Byliśmy w tym zamku w roku 2010 na szkolnej wycieczce, zwiedzaliśmy wtedy zamkowe komnaty jak i przepiękne tereny dookoła zamku. Zdecydowaliśmy, że to właśnie tam chcemy mieć sesję! Nie w komnatach, bo musimy przyznać, że nie zachwyciły nas one, choć są warte zobaczenia. Lecz zamek z zewnątrz wygląda po prostu magicznie! Cena sesji na zamkowych błoniach to 100 zł. Udostępnili nam również toaletę, w której mogliśmy się przebrać i przygotować do zdjęć. Gdy byliśmy już gotowi, ruszyliśmy z naszym genialnym fotografem (Michał Słomiński) w plener! 
Historia zamku
Moszna położona jest na szlaku komunikacyjnym łączącym Prudnik z Krapkowicami. Nazwa wioski pochodzi prawdopodobnie od nazwiska Moschin, rodziny przybyłej…

Kolorowe Jeziorka

Szukając ciekawych miejsc na terenie Dolnego Śląska natrafiliśmy na Kolorowe Jeziorka znajdujące się zaledwie 90 km od Wrocławia. Korzystając z tego, że moi rodzice przyjechali na urlop do Polski wsiedliśmy w czwórkę w auto, Rudiego zapakowaliśmy do bagażnika i 23 kwietnia 2016 r. ruszyliśmy na jednodniowy wypad w góry ;) Droga minęła nam naprawdę szybko, choć im bliżej jeziorek tym bardziej jest ona kręta i wąska. W końcu dotarliśmy na parking (płatny 10 zł), zjedliśmy coś i ruszyliśmy na szlak!
Kolorowe Jeziorka położone w Rudawskim Parku Krajobrazowym, na terenie wsi Wieściszowice (gmina Marciszów, powiat kamiennogórski) od lat przyciągają turystów nie tylko z kraju, ale także z Europy. Cztery jeziorka: żółte, purpurowe, błękitne i czarne leżą na zboczu Wielkiej Kopy. Zabarwienie wody w akwenach związane jest ze składem chemicznym ścian i dna wyrobisk. Na początku XVIII w. ówcześni mieszkańcy Rohnau (obecnie Wieściszowice) zaczęli wydobywać łupki pirytonośne, w które obfituje tutej…