Przejdź do głównej zawartości

Bolek 2014 - dzień dwudziesty pierwszy

21 sierpnia 2014


Nocna burza trwała dość długo... Byliśmy bardzo zadowoleni, że mamy dach nad głową. Niestety nie był on do końca szczelny i trochę na nas nakapało, ale woleliśmy to, niż ulewę na zewnątrz ;) Po godzinie 12 w nocy kierowca odpalił silnik, uprzedzał nas o tym, więc nie byliśmy zaskoczeni... Choć trzeba przyznać, że trochę szybciej zabiły nam serca, a w głowach pojawiło się pytanie "czy na pewno nigdzie nas nie wywiezie?". Wiał straszny wiatr, który sprawiał, że cała ciężarówka się ruszała... to było trochę tak, jakby jechała... Był stres, lecz gdy wiatr zawiał mocniej i naszym oczom ukazał się DUET, bardzo nam ulżyło i próbowaliśmy zasnąć... a nie było to łatwe... Silnik ucichł dopiero po godzinie 3 w nocy i tak naprawdę, to dopiero wtedy udało nam się zasnąć (choć cały czas kapała między nas woda, położyliśmy w to miejsce bluzę, bo kropla uderzająca o karimatę naprawdę może narobić irytującego hałasu...). Była to ciężka noc, lecz i tak byliśmy niezwykle wdzięczni uprzejmemu kierowcy z Polski :)

Wstaliśmy o godzinie 7 rano. Mokre rzeczy rozwiesiliśmy na płocie należącym do Lidla. Następnie poszliśmy zrobić zakupy i spokojnie zjedliśmy śniadanie. Byliśmy trochę niewyspani... Po śniadaniu poszliśmy we dwoje do Kauflandu, żeby się umyć i skorzystać z toalety. Mieli fajne, duże umywalki, w których bez problemu można umyć głowę ;)
Po godzinie 9 rozłożyliśmy karimaty obok autokaru i odpoczywaliśmy. Nawet trochę się nam przysnęło ;) Gdy się obudziliśmy, mieliśmy jeszcze godzinę do odjazdu, więc wyciągnęliśmy butlę z gazem i zrobiliśmy kisielki. 




O godzinie 12 wyjechaliśmy z Puli i ruszyliśmy w poszukiwaniu nowych przygód. Tego dnia żegnaliśmy przepiękną Chorwację. Pomimo tego, że nie zawsze była ona dla nas przyjazna, to uwielbiamy ten kraj, w którym czujemy się dosłownie jak w raju. Mamy nadzieję, że jeszcze nie raz tu wrócimy...

Wjechaliśmy do Słowenii, od razu odczuliśmy, że pogoda nie będzie nam sprzyjać. Było naprawdę chłodno... Podczas krótkiego postoju na parkingu wyciągnęliśmy z torby długie spodnie i bluzy... Już zaczynaliśmy tęsknić za naszą słoneczną Chorwacją... 
Obserwując krajobrazy zza okna autokaru, dostrzegliśmy, że dość niedawno, musiała tu być straszna wichura. Wszędzie widoczne były połamane drzewa... Był to dość przygnębiający widok.




Po wjeździe do Słoweńskiej stolicy ciężko nam było znaleźć jakiś parking w pobliżu centrum... W końcu zatrzymaliśmy się jakieś 2,5 km od dworca kolejowego. Było dość chłodno... Czas na zwiedzanie mieliśmy do godziny 2 w nocy. Tak więc zebraliśmy się i bez mapy ruszyliśmy w poszukiwaniu centrum!

Lublana (słoweń. Ljubljana) to niemal trzystutysięczna stolica Słowenii, która jest najważniejszym ośrodkiem kulturalnym, naukowym i administracyjnym. Miasto pełni również rolę centralnego węzła komunikacyjnego. Położenie, unikalny charakter grodu oraz liczne zabytki sprawiają, że jest on obecnie również ważnym punktem na turystycznej mapie Słowenii.
Historia osadnictwa na tych terenach sięga ponad 4000 lat, kiedy na obszarze obecnego miasta powstały pierwsze drewniane chaty. W średniowieczu u stóp wzgórza zamkowego rozwinął się gród  typowy dla tego okresu. W 1511 roku miasto został zniszczone przez trzęsienie ziemi i następnie odbudowane już w stylu renesansowym. Później , w okresie 500-letniego panowania Habsburgów, nabrało charakteru barokowego. Wiele pamiątek z tych czasów można podziwiać do dzisiaj. Odbudowa po kolejnym wielkim trzęsieniu ziemi w 1895 roku wniosła w krajobraz miasta elementy modernistyczne (secesyjne). Burzliwe losy miasta w dwudziestym wieku szczęśliwie nie przyniosły większych zniszczeń, jedynie znaczne powiększenie jego obszaru.

Maszerowaliśmy dość długo, lecz w końcu udało nam się dotrzeć do centrum. Jako pierwszy z zabytków podziwialiśmy Most Smoka. Został on zbudowany w 1901 r. Utrzymany jest w stylu art nouveau. Legenda mówi, że smoki siedzące na moście (od których wzięła się jego nazwa) poruszają swoimi ogonami za każdym razem gdy po moście przejdzie dziewica.






Następnie przespacerowaliśmy się wzdłuż rzeki, podziwiając przy tym kolejne mosty i różnego rodzaju rzeźby. Trafiliśmy również do genialnej, (chyba) darmowej toalety! Panował w niej półmrok, a kibelki były podświetlane, normalnie luksus ;)







Zobaczyliśmy również Katedrę Świętego Mikołaja - barokowa świątynia z XVIII w., posiadająca dwie bliźniacze wieże. We wnętrzu katedry podziwiać można różowe marmury, biały stiuk oraz liczne złocenia. Świątynia ozdobiona jest freskami autorstwa Matevža Langusa.


Przeszliśmy przez Potrójny Most. W zasadzie jest to jeden most, ale zbudowany z trzech części. Najstarszy z nich, kamienny, powstał w 1842 roku. Dwie pozostałe części zostały dobudowane w 1931 r., które są mostami dla pieszych. Jeden z nich został zaprojektowany przez Jože Plečnika. Razem tworzą one urokliwą furtkę do Starego Miasta.


Obok Potrójnego Mostu znaleźliśmy informację turystyczną, z której wzięliśmy mapkę. Postanowiliśmy, że zdobędziemy górujący nad miastem Zamek, jednak żeby do niego dojść, musieliśmy przespacerować się przepięknymi uliczkami Lublany, co wcale nie było dla nas karą ;)







Lublana ma naprawdę urokliwy klimat, lecz swoimi zabudowaniami bardziej przypomina naszą wspaniałą Polskę, a to wzmagało naszą tęsknotę za Chorwacją... 






Okazało się, ze na zamek można wjechać za 1,50 euro. Z ciekawości i dla atrakcji, postanowiliśmy, że kupimy sobie bilety i wjedziemy na górę. Choć musimy się przyznać, że ta decyzja podjęta była również ze względu nasze zmęczenie... Normalnie pewnie byśmy tam wmaszerowali ;)








Kolejka była nowoczesna i niestety bardzo szybko wjechała na szczyt. Już wiedzieliśmy, że widoki na miasto będą wspaniałe!






Na szczycie wzgórza królującego nad Lublaną wznosi się zamek, który w XV w. został zamieniony w fortecę. Od początku lat 70. XX w. zamek został otwarty dla zwiedzających. Wstęp jest darmowy. W zamku znajduje się również muzeum. Wystawy są dosyć często zmieniane, dzięki  czemu raczej nie powinno się trafić na tą samą ekspozycję odwiedzając zamek po raz drugi. 





Zamek obeszliśmy tylko dookoła, ale za to widoki... nieziemskie! Naprawdę watro było znaleźć się w tym miejscu. Zatrzymaliśmy się tu na chwilę i wprost chłonęliśmy te wspaniałe widoki, próbując zapamiętać z nich jak najwięcej...





W dół zeszliśmy już na nogach, droga nie była ciężka, lecz cieszyliśmy się, że nie musieliśmy tu dzisiaj wchodzić pieszo ;)




Po zejściu  ze wzgórza skierowaliśmy się w stronę Potrójnego Mostu, a następnie poszliśmy Do McDonalda na "obiad". Chcieliśmy trochę podładować telefony, lecz nigdzie nie mogliśmy znaleźć kontaktów. Za to mieli najlepszego shake jakiego kiedykolwiek piliśmy! Był borówkowy! 


Mieliśmy jeszcze sporo czasu do odjazdu, robiło się coraz chłodniej, a my byliśmy zmęczeni po nieprzespanej nocy... Nie bardzo wiedzieliśmy, co mamy ze sobą zrobić. Posiedzieliśmy trochę na starym mieście i podziwiając je nocą, próbowaliśmy wymyślić, co zrobimy z pozostałym nam czasem... 





Po godzinie 21 ruszyliśmy powoli w stronę autokar, lecz spotkaliśmy grupę bolkowiczów, którzy stamtąd wracali. Uprzedzili nas, że Bolek jest trochę wkurzony i nie wpuszcza nikogo, bo chce żeby Pan Tadziu się wyspał. Zawiedzeni i zrezygnowaniu usiedliśmy sobie w pobliżu przystanku autobusowego, próbując jakoś wytrwać do godziny 2. Było nam tak potwornie zimno... W końcu zdecydowaliśmy, że pójdziemy do McDonalda na dworcu, zamówimy najtańszą rzecz jaka będzie i zagrzejemy się tam trochę. Tak też zrobiliśmy, lecz nie przewidzieliśmy jednego... O godzinie 23, gdy spokojnie siedzieliśmy w ciepłym pomieszczeniu, powoli sącząc colę, dowiedzieliśmy się, że zamykają lokal i musimy wyjść... To była dla nas straszna wiadomość... Poszwendaliśmy się trochę, a następnie poszliśmy koczować pod DUET. 


Z każdą chwilą pojawiało się tu coraz więcej zmarzniętych bolkowiczów. Wszyscy marzyliśmy już tylko o tym, żeby znaleźć się w ciepłym autokarze... O godzinie 1 nadjechała taksówka z grającą głośno muzyką... okazało się, że to nasi! Muzyka obudziła Pana Tadzia, który otworzył nam DUET! Byliśmy przeszczęśliwi, gdy weszliśmy do śpiworów i usadowiliśmy się na naszych siedzeniach :) Gdy wszyscy byli już w autokarze, ruszyliśmy w dalszą drogę...

Komentarze

  1. Bardzo klimatyczne miasto. A Ty już jesteś czarna dziewczyno! Świetna opalenizna :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Muszę przyznać, że Ljubljana wygląda przepięknie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetne zdjęcia. Jeszcze nie miałam okazji być w tym mieście. Pozdrawiam jusinx.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Byłam tam kilka lat temu, ale ostatnio myślę, aby wrócić. Słowenia bardzo mi przypadła do gustu.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękujemy wszystkim za komentarze! Jest nam bardzo miło, że czytacie naszego bloga :)

Popularne posty

Zakopane - dzień trzeci (Gubałówka)

10 listopada 2014 - trzeci dzień pobytu w Zakopanem.
Obudziliśmy się naprawdę wyspani. Nie mieliśmy jakiś większych planów na ten dzień, a nasi znajomi byli w pracy. Po śniadaniu zdecydowaliśmy, że nie będziemy przecież siedzieć w domu, bo to aż grzech! Stwierdziliśmy, że wybierzemy się na Gubałówkę, która jest jednym z najczęściej odwiedzanych i najpopularniejszych miejsc w Zakopanem. Przed wyjściem, sprawdziliśmy jeszcze, czy będzie można wjechać z psem kolejką, bo nie chcieliśmy przeciążać bolącej łapki Mordka. 
Przeszliśmy przez znajdujący się pod Gubałówką plac targowy, na którym można kupić dosłownie wszystko! Od płaszczy i innych ubrań, poprzez pamiątki, aż do oscypków i innych wyrobów.



Na Gubałówkę prowadzi kolej linowo-terenowa z Zakopanego, wybudowana w 1938 roku, długości 1298 m, przy różnicy wysokości ok. 300 m., zmodernizowana w 2001 roku. 

Więcej informacji i cennik na stronie.
Ustawiliśmy się w gigantycznej kolejce i czekaliśmy... W końcu jednak kupiliśmy bilety o parę…

Podróż poślubna - dzień dziewiąty

Ostatni dzień naszej podróży poślubnej... Wyspaliśmy się i po śniadaniu dopakowaliśmy resztę rzeczy do toreb, a następnie zanieśliśmy je do przechowalni, oddaliśmy klucz od apartamentu i ruszyliśmy na ostatni spacer po Corralejo. Nie bardzo chciało nam się wracać, na wyspie spędziliśmy naprawdę wspaniałe chwile, lecz wszystko kiedyś się kończy, a przed nami jeszcze wiele przygód ;) Tego dnia pogoda była piękna, usiedliśmy przy plaży i podziwialiśmy widoki. Fuerteventura była dobrym pomysłem na podróż poślubną. Po czterech autokarowych EuroTripach mieliśmy okazję wypocząć i zwolnić choć na chwilę ;)








Samolot powrotny mieliśmy późnym popołudniem, więc wybraliśmy się ostatni raz do naszej ulubionej pizzerii, a następnie wróciliśmy do hotelu. Gdy Michał skrył się w cieniu z laptopem, ja ostatni raz wskoczyłam do basenu, by popływać, a następnie delektować się słonecznymi promieniami na leżaczku ;) 



Niedługo później przyjechał autokar, mający nas zawieźć na lotnisko. Kolejki do odprawy był…

Warszawa, czyli pierwsze Kubusiowe odwiedziny stolicy!

2 września 2017 roku to dla nas ważna data. Tego dnia Kubuś wkroczył na wyższy poziom podróżowania i odbył swój pierwszy lot samolotem! A w sumie to dwa loty jednego dnia ;) Odwiedził również swoją pierwszą stolicę! Stawiliśmy się na lotnisku dość wcześnie. Mieliśmy ze sobą tylko torby podręczne i wózek, który braliśmy ze sobą do odprawy. Kubuś był bardzo grzeczny i uśmiechał się do każdego, kto go zaczepił ;) Czas na lotnisku minął ekspresowo i zaraz musieliśmy szykować się do wejścia na pokład. Wózkiem podjechaliśmy aż pod sam samolot, gdzie oddaliśmy go obsłudze, żeby mogli zapakować go do luków. 


Pomimo tego, że Kubuś jest grzeczny, obawialiśmy się jak zareaguje na wszystkie nowe odczucia i dźwięki. Okazało się, że nie potrzebnie się martwiliśmy, bo nawet nie zwrócił większej uwagi i chwilę po starcie poszedł spać :)


Lot do Warszawy trwał około 40 minut. Wylądowaliśmy na Lotnisku Chopina, wózek czekał na nas przy samolocie. Prosto z lotniska ruszyliśmy na miasto. Pogoda nam nie s…

Londyn 2015 - Royal Air Force Museum

22 stycznia 2015 roku, czyli nasz drugi dzień pobytu w Londynie, nie mógł rozpocząć się inaczej, niż przepysznym English Breakfast w wykonaniu Marty Taty! Jest to tradycyjny posiłek (śniadanie) serwowany na ciepło w krajach Wysp Brytyjskich. Kiedyś codzienny w większości angielskich domów, obecnie podawany głównie w hotelach, pensjonatach i B&B. Nasze śniadanie nie było pełną wersją angielskiego dania, lecz dzięki niemu byliśmy gotowi na intensywny, pełen atrakcji dzień :)

Tego dnia naszym głównym celem było zobaczenie Londyńskiego muzeum lotnictwa - RAF. Dlatego gdy cała nasza trójka była już w pełni gotowa do drogi, poszliśmy do sklepu załadować nasze Oyster card, po czym wsiedliśmy do autobusu 302. Autobus ten nie dojeżdża co prawda do samego muzeum, ale z jedną przesiadką do autobusu 303, był dla nas idealną opcją :) 
Informacje praktyczne Wstęp: Bezpłatny, dzieci w wieku poniżej 16 lat powinny znajdować się pod opieką dorosłych. Godziny otwarcia: 10.00 - 18.00, ostatnie wejście…