Przejdź do głównej zawartości

Podróż poślubna - dzień szósty

Ten dzień naszej podroży poślubnej zapowiadał się naprawdę ciekawie. W planach mieliśmy rejs katamaranem na maleńką wysepkę Lobos. Poszliśmy więc szybko na śniadanie, a następnie udaliśmy się w stronę hotelu, spod którego odjeżdżał autokar w stronę portu Corralejo.  Tego dnia chyba nic nie mogłoby popsuć nam humorów, bo uwielbiamy pływać, ogólnie uwielbiamy wodę i wszystko co z nią związane ;)


Nie mogliśmy doczekać się wejścia na pokład i ustawiliśmy się jako jedni z pierwszych żeby zająć dobre miejsca na dziobie katamaranu.  Okazało się, że byliśmy jedynymi polakami na statku. Większą część stanowili Francuzi i Anglicy. Kapitan wraz z załogą okazali się młodymi, morskimi wilczkami, ale pomimo młodego wieku widać było, że są zahartowani, przygotowani i uwielbiają to co robią. Wręcz palili się do wypłynięcia z portu. W międzyczasie usłyszeliśmy wykład w 3 językach na temat zasad panujących na statku. Na koniec usłyszeliśmy zdanie "Don't panic, it's not Titanic" na co oczywiście odpowiedziała fala śmiechu, po czym rozwinęliśmy żagiel i poczuliśmy prawdziwą, dziką siłę wiatru. To było naprawdę niesamowite!







W międzyczasie kapitan rozdawał sangrie domowej roboty i zachęcał do korzystania z baru oraz próbowania lokalnych przekąsek.    









Po dopłynięciu do wyspy mieliśmy okazje wykąpać w oceanie, lecz tak przyjemnie siedziało się na dziobie że nie chcieliśmy się przebierać i kąpać. Woleliśmy podziwiać widoki i cieszyć oczy wspaniałymi barwami wody.



Przed przybiciem do wyspy czekała nas jeszcze jedna atrakcja czyli obiad na katamaranie. Szwecki bufet... mniam... zapiekanki ziemniaczane, pizze z tuńczykiem, sałatki warzywne, lokalne pieczywo.


Katamaran nie dopływa do samej wyspy, więc podpłynęła po nas motorówka! Było to dla nas miłym zaskoczeniem i mega atrakcją, bo tego się nie spodziewaliśmy ;)



Pierwsze widoki na wyspę wcale nie były zaskakujące, w końcu to wyspa wulkaniczna. Były one dla nas jednak niezwykłe, bo czegoś takiego nigdy nie widzieliśmy. Czarne skały i kontrastujący z nim błękit wody to coś, co zostaje w pamięci na długo ;)



Lobos to wyspa należąca do archipelagu Wysp Kanaryjskich (zaliczanych do Makaronezji), znajdująca się na północ od wyspy Fuerteventura i administracyjnie z nią związana (gmina La Oliva). Wyspa znajduje się 6 km na północny wschód od Fuerteventury. Jej powierzchnia wynosi 4,58 km2 a najwyższe wzniesienie - Montaña de la Caldera ma 127 m.
Nazwa pochodzi od mniszki śródziemnomorskiej (lobo marino - wilk morski). Liczne sztuki przybywały tu jeszcze w XIX wieku, by odchować młode. Potem zostały przepędzone przez miejscowych rybaków, dla których stanowiły konkurencję w zdobywaniu pożywienia. Pozyskiwano też z nich tłuszcz na specjalny olej, w związku z czym były masowo wybijane. Ponowne osiedlenie, mimo prób, nie powiodło się. Miejscowa ludność nie jest w stanie zrezygnować z dochodów z turystyki, a hałas związany z rybołówstwem i sportami wodnymi uniemożliwia reintrodukcję gatunku. Turystów przyciągają przede wszystkim możliwości kąpieli na plażach i w zatoczkach. Najbardziej popularną jest Playa de la Concha (zwana też Playa de la Caleta). W centrum wyspy wyznakowano szlaki trekingowe.
Od 1968, kiedy to zautomatyzowano znajdującą się na niej latarnię morską, nie posiada stałych mieszkańców (ostatni latarnik prowadzi restaurację w Puertito). W 1982 utworzono na niej rezerwat przyrody o nazwie Parque Natural Islote de Lobos. Na lokalny krajobraz składają się przede wszystkim wydmy, mokradła i niewielkie stożki wulkaniczne. Wystawy i informacje na temat lokalnej przyrody prezentuje Centro de Interpretación otwarte w 2009.





Największy minus Wysp Kanaryjskich? Wiatr... Michał nie widział problemu, bo przynajmniej było przyjemnie z temperaturą, lecz mi włosy nie dawały spokoju ;)



To co zaskakuje to to, że jako wulkaniczna wyspa Lobos jest żywa. Pozornie martwa, pusta, zastygła skorupa, okazuje się domem dla skąpej acz wymyślnej flory oraz licznych gatunków jaszczurek oraz insektów.








Na poniższym zdjęciu idealnie widać wulkan znajdujący się przy naszej miejscowości wypoczynkowej - Corralejo. Musimy przyznać, że z tej perspektywy wygląda jeszcze bardziej imponująco.


Dość szybko dotarliśmy do jednej z głównych plaż na wyspie, lecz nie ona była naszym celem. Tak w sumie, to chcieliśmy bez celu przespacerować się po wyspie, by móc zobaczyć jak najwięcej ;) Wybraliśmy więc drogę idącą w stronę wulkanu.































Gdy dotarliśmy do miejsca, z którego wyruszyliśmy okazało się, ze mamy jeszcze trochę czasu. Więc zamiast siedzieć bezczynnie poszliśmy zobaczyć drugą stronę wyspy.


Na wyspie znajduje się jedna mała wieś – Puertito z zaniedbanymi, opuszczonymi domostwami. I to właśnie tam znajduje się przepiękna laguna. Aż chciałoby się tu zostać i napawać się tymi widokami. Niestety czas gonił ;)




Na koniec weszliśmy jeszcze na szczyt niedużej górki, by zobaczyć wyspę z góry. 














I niestety czas naszego pobytu na wyspie dobiegł końca... Wsiedliśmy na motorówkę, by następnie przesiąść się na katamaran. Każdemu, kto wybiera się na Fuerteventurę polecamy wykupienie wycieczki na wyspę Lobos. Była to dla nas wspaniała przygoda, która dała nam możliwość zobaczenia tak wielu niezwykłych krajobrazów, na stosunkowo niewielkim terenie. Bawiliśmy się naprawdę świetnie!




Gdy wróciliśmy do naszego apartamentu, uświadomiliśmy sobie jak duży błąd popełniliśmy... nie mówię tu oczywiście o wycieczce, która była rewelacyjna... mówię natomiast o tym, że jak zwykle nie posmarowaliśmy się kremem z filtrem... Bardzo tego żałowaliśmy, lecz było już za późno. No cóż, człowiek najlepiej uczy się na własnych błędach ;)  

Komentarze

  1. Ale cudowne miejsce. Chetnie zobaczylabym je na wlasne oczy.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękujemy wszystkim za komentarze! Jest nam bardzo miło, że czytacie naszego bloga :)

Popularne posty

Warszawa, czyli pierwsze Kubusiowe odwiedziny stolicy!

2 września 2017 roku to dla nas ważna data. Tego dnia Kubuś wkroczył na wyższy poziom podróżowania i odbył swój pierwszy lot samolotem! A w sumie to dwa loty jednego dnia ;) Odwiedził również swoją pierwszą stolicę! Stawiliśmy się na lotnisku dość wcześnie. Mieliśmy ze sobą tylko torby podręczne i wózek, który braliśmy ze sobą do odprawy. Kubuś był bardzo grzeczny i uśmiechał się do każdego, kto go zaczepił ;) Czas na lotnisku minął ekspresowo i zaraz musieliśmy szykować się do wejścia na pokład. Wózkiem podjechaliśmy aż pod sam samolot, gdzie oddaliśmy go obsłudze, żeby mogli zapakować go do luków. 


Pomimo tego, że Kubuś jest grzeczny, obawialiśmy się jak zareaguje na wszystkie nowe odczucia i dźwięki. Okazało się, że nie potrzebnie się martwiliśmy, bo nawet nie zwrócił większej uwagi i chwilę po starcie poszedł spać :)


Lot do Warszawy trwał około 40 minut. Wylądowaliśmy na Lotnisku Chopina, wózek czekał na nas przy samolocie. Prosto z lotniska ruszyliśmy na miasto. Pogoda nam nie s…

Bolek 2014 - dzień dziewiąty

9 sierpnia 2014
Nasz drugi dzień na kempingu, postanowiliśmy spędzić go dość leniwie...  Wstaliśmy o godzinie 8, w końcu naprawdę się wyspaliśmy! Nie trzeba było się o nic martwić, to wspaniałe uczucie! Po śniadaniu (makaron z pulpetami) zabraliśmy się za ładowanie telefonów i baterii z aparatów. Gdy jedno z nas pilnowało ładowarek i kontaktowało się z rodziną dzięki WiFi, drugie korzystało z największego z uroków kempingu, a mianowicie z prysznica! I tak na zmianę ;)

Gdy Ola, Ewelina i Gosia wróciły z zakupów, zmieniły nas przy ładowarkach. Wzięliśmy więc portfel i poszliśmy do marketu uzupełnić zapasy picia. Droga do najbliższego marketu była dość długa i bardzo dokuczał nam upał, jednak dzielnie szliśmy przed siebie ;)




Po powrocie na kemping, stwierdziliśmy, że to najlepszy moment na zrobienie sałatki owocowej! Tym bardziej, że przy wejściu na kemping stał straganik, na którym sprzedawane były owoce z pola. Kupiliśmy gigantycznego arbuza, banany, nektarynki, melona i winogrona. Zap…

Londyn 2015 - Royal Air Force Museum

22 stycznia 2015 roku, czyli nasz drugi dzień pobytu w Londynie, nie mógł rozpocząć się inaczej, niż przepysznym English Breakfast w wykonaniu Marty Taty! Jest to tradycyjny posiłek (śniadanie) serwowany na ciepło w krajach Wysp Brytyjskich. Kiedyś codzienny w większości angielskich domów, obecnie podawany głównie w hotelach, pensjonatach i B&B. Nasze śniadanie nie było pełną wersją angielskiego dania, lecz dzięki niemu byliśmy gotowi na intensywny, pełen atrakcji dzień :)

Tego dnia naszym głównym celem było zobaczenie Londyńskiego muzeum lotnictwa - RAF. Dlatego gdy cała nasza trójka była już w pełni gotowa do drogi, poszliśmy do sklepu załadować nasze Oyster card, po czym wsiedliśmy do autobusu 302. Autobus ten nie dojeżdża co prawda do samego muzeum, ale z jedną przesiadką do autobusu 303, był dla nas idealną opcją :) 
Informacje praktyczne Wstęp: Bezpłatny, dzieci w wieku poniżej 16 lat powinny znajdować się pod opieką dorosłych. Godziny otwarcia: 10.00 - 18.00, ostatnie wejście…

Zakopane - dzień trzeci (Gubałówka)

10 listopada 2014 - trzeci dzień pobytu w Zakopanem.
Obudziliśmy się naprawdę wyspani. Nie mieliśmy jakiś większych planów na ten dzień, a nasi znajomi byli w pracy. Po śniadaniu zdecydowaliśmy, że nie będziemy przecież siedzieć w domu, bo to aż grzech! Stwierdziliśmy, że wybierzemy się na Gubałówkę, która jest jednym z najczęściej odwiedzanych i najpopularniejszych miejsc w Zakopanem. Przed wyjściem, sprawdziliśmy jeszcze, czy będzie można wjechać z psem kolejką, bo nie chcieliśmy przeciążać bolącej łapki Mordka. 
Przeszliśmy przez znajdujący się pod Gubałówką plac targowy, na którym można kupić dosłownie wszystko! Od płaszczy i innych ubrań, poprzez pamiątki, aż do oscypków i innych wyrobów.



Na Gubałówkę prowadzi kolej linowo-terenowa z Zakopanego, wybudowana w 1938 roku, długości 1298 m, przy różnicy wysokości ok. 300 m., zmodernizowana w 2001 roku. 

Więcej informacji i cennik na stronie.
Ustawiliśmy się w gigantycznej kolejce i czekaliśmy... W końcu jednak kupiliśmy bilety o parę…