Przejdź do głównej zawartości

Londyn 2017 + o czym warto pamiętać podróżując w ciąży?

Kolejną podróż do Londynu planowaliśmy już od dawna. Dla mnie to był powrót po 5 miesiącach, natomiast dla Michała po troszkę ponad roku ;) Tym razem lecieli z nami moi dziadkowie, ale nie tylko dlatego ta podróż była inna od pozostałych. Różniła się też tym, że leciałam już z widocznym brzuszkiem ciążowym ;) Oczywiście byłam po konsultacji ze swoim lekarzem i miałam podpisany "Formularz Zaświadczający o Zdolności do Podróżowania w Ciąży" w dwóch językach, że nie ma żadnych przeciwwskazań do lotu samolotem, które Ryanair wymaga od kobiet powyżej 28 tygodnia ciąży.  Był to mój 27 tydzień ciąży, lecz wolałam mieć już ze sobą takie zaświadczenie, żebym przypadkiem nie została na lotnisku ;)
6 stycznia 2017 r. stawiliśmy się z samego rana na wrocławskim lotnisku. Tym razem nie miał nas kto zawieźć, a nie bardzo uśmiechała nam się poranna podróż autobusem, tym bardziej, że naszym zdaniem dojazd na lotnisko jest dość kiepski, a na dworze było potwornie zimno. Wykupiliśmy więc miejsce na lotniskowym parkingu za 44 zł i tam zaparkowaliśmy Zafirkę. 
Do odprawy mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc wszystko mogliśmy zrobić na spokojnie. Moja babcia leciała już kiedyś ze mną do Londynu, natomiast dla dziadka miał to być jego pierwszy w życiu lot samolotem. Wszystko musieliśmy mu wytłumaczyć, jak również pomóc przy odprawie. Oczywiście zaliczałam każdą toaletę po drodze ;) Dość szybko weszliśmy na pokład samolotu, niestety nie siedzieliśmy razem z moimi dziadkami, bo ich rezerwację zrobiłam w innym czasie i na dodatek z innego konta, a zdaliśmy się na losowy wybór miejsc. Choć i tak siedzieliśmy w miarę blisko ;) Dla mnie bardzo ważne było to, żeby moje miejsce znajdowało się od przejścia, bo wiedziałam, że dość często będę odwiedzać toaletę... cóż, taki ciążowy przymus ;) Trochę stresował mnie start, w końcu nie wiedziałam jak odczuje to mały mieszkaniec mojego brzucha, który tego dnia był wyjątkowo spokojny... podczas startu poczułam pierwsze tego dnia kopnięcia, które towarzyszyły mi cały lot, co mnie uspokajało ;)
Lot minął szybko i choć w planach miałam naukę na Rynki Finansowe, z których kolokwium miałam mieć tydzień później, to jakoś nie miałam do tego głowy ;) Michał za to na spokojnie czytał książkę, a dziadek z babcią non stop wpatrywali się w małe okienko samolotu. Londyn przywitał nas chmurami, lecz temperatura była znacznie przyjemniejsza niż we Wrocławiu.




Dość długo staliśmy do odprawy celnej na lotnisku Stansted. Babcia z dziadkiem nie mają paszportów, więc nie mogliśmy skorzystać z szybszej kolejki, w końcu nie zostawilibyśmy ich samych ;) Celnik zadał nam kilka pytań typu: na jak długo przylecieliśmy, skąd lecimy, itp. Gdy już spokojnie przeszliśmy przez wszystkie obowiązkowe formalności, ruszyliśmy w stronę stanowisk autokarowych, skąd pół godziny wcześniej zabrał nas National Express, bo akurat miał cztery wolne miejsca. Tym razem wysiedliśmy przy stacji metra Stratford, skąd metrem Central Line w 40 minut dojechaliśmy prosto do moich rodziców. Tego dnia tak naprawdę nie planowaliśmy się nigdzie ruszać. Wybraliśmy się jedynie do mojego taty, który był jeszcze w pracy i razem z nim przejechaliśmy końcówkę trasy 302 :) Pogoda niestety nam nie sprzyjała, bo padał deszcz, a niestety autobusy nie mają wycieraczki na górnej szybie. Po przejażdżce wróciliśmy do domu, bo zwiedzanie centrum mieliśmy zaplanowane na następny dzień ;)

7 stycznia wstaliśmy w miarę wcześnie i po śniadaniu ruszyliśmy na miasto. W końcu jutro wieczorem mieliśmy lot powrotny, więc ten dzień trzeba było wykorzystać na maksa ;) Tylko też w miarę możliwości dziadków i moich, które były aktualnie dość ograniczone. Postanowiliśmy pokazać im ścisłe centrum Londynu. Pierwszym punktem obowiązkowo był Pałac Buckingham





Następnie ruszyliśmy spacerem w dalszą drogę przez St. James's Park, w którym jak zwykle pełno było wiewiórek, kurek wodnych, kaczek, łabędzi i innego ptactwa.  Jest to jeden z naszych ulubionych parków w Londynie, więc nie moglismy przejść obok niego obojętnie ;)


Standardowe zdjęcie z łabędziem... tak ładnie pozował, że nie mogliśmy się powstrzymać ;)


Jak widać wiśnia uznała, że temperatura obwieszcza nadejście wiosny, pomimo tego, że to dopiero styczeń :) Trzeba przyznać, że pomimo tych nieciekawych chmur, to pogoda nawet nam się udała, było całkiem ciepło i przyjemnie :)




Kierując się w stronę Tamizy naszym oczom ukazał się Parlament i majestatyczny Big Ben, czerwone autobusy i nasze ulubione czerwone budki telefoniczne. Obowiązkowy punkt na naszej liście tego dnia. Oczywiście wszyscy musieliśmy mieć zdjęcia w i przy niej, co trwało dłuższą chwilę. Oj, tęskniliśmy za tymi widokami...




Idąc dalej nie da się nie zauważyć słynnego London Eye, lecz nie ono było naszym celem. Zamierzaliśmy idąc wzdłuż Tamizy dotrzeć do Trafalgar Square, by tam wsiąść w autobus.




Ciut szybciej zboczyliśmy jednak z drogi i akurat udało nam się trafić na zmianę warty przy Horse Guards Parade :)



Ostatecznie Trafalgar Square zobaczyliśmy tylko z daleka, bo wszyscy byliśmy już trochę zmęczeni. Rozsiedliśmy się wygodnie w autobusie i czekał nas jeszcze przejazd przez ścisłe centrum Londynu :)



Piccadilly Circus

Mieliśmy nadzieję, że jadąc przez centrum zobaczymy świecące świąteczne ozdoby, niestety trochę się zawiedliśmy... nic nie świeciło.






Pod garażem na Willesden przesiedliśmy się w autobus jadący prosto na Perivale. Będąc już w domu zjedliśmy obiad, trochę odpoczęliśmy i... tata wpadł na pomysł, że może jeszcze przejedziemy się do centrum zobaczyć ozdoby. No ale tak szkoda tylko do centrum... szybko sprawdziliśmy, o której odpływa ostatni autobus wodny przy Hali O2 i po godzinie 21 ruszyliśmy w drogę. Metrem jechaliśmy trochę ponad pół godziny i naszym oczom ukazała się hala :)


Lecz to nie ona była naszym celem... W końcu zaraz obok Hali O2 znajduje się kolejka nad Tamizą - Emirates Greenwich Peninsula. Szybko kupiliśmy bilety w dwie strony i rozsiedliśmy się w wagoniku. Pierwszy raz byliśmy tu nocą i trzeba przyznać, że wrażenia były niezwykłe :)





Następnie "biegiem" ruszyliśmy w stronę niedługo odpływającego katamaranu. Całe szczęście zdążyliśmy, więc spokojnie mogliśmy sobie usiąść i odprężyć się, podziwiając nocne widoki z Tamizy.




Wysiedliśmy w centrum, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i ruszyliśmy na autobus. Mieliśmy nadzieję, że tym razem zobaczymy przepięknie świecące ozdoby.





Niestety... kolejny raz się rozczarowaliśmy, bo ozdoby raczej nie miały w planach zabłysnąć tej nocy... Ale przynajmniej mieliśmy bardzo udaną wycieczkę i czuliśmy, że udało się ten dzień wykorzystać na maksa. W domu dość szybko padliśmy ze zmęczenia.

8 stycznia tak naprawdę nie mieliśmy w planach żadnego zwiedzania. Był to nasz ostatni dzień w Londynie i wieczorem mieliśmy lot powrotny. Poszliśmy jedynie na zakupy połączone ze spacerem po okolicy. 




Po obiedzie czas było się zbierać... Pakowanie toreb nie należało do łatwych... przylecieliśmy z prawie pustymi torbami, a wylatywaliśmy z mnóstwem ciuszków dziecięcych, w końcu moja mama, jak na przyszłą babcię przystało, zadbała o zakupy dla naszego przyszłego maluszka ;) 
Czy chcieliśmy już wracać? Oczywiście, że nie... jedyne co nas ciągnęło do Polski, to fakt, że czeka na nas nasz psi przyjaciel - Rudi ;) 
Gdy wszyscy byliśmy już spakowani, ruszyliśmy metrem na stację Stratford, szybkie pożegnanie i już po chwili siedzieliśmy w autokarze wiozącym nas na lotnisko Stansted. Oczywiście musieli mnie wziąć podczas odprawy na kontrolę osobistą. Musiałam również wejść do specjalnej maszyny, w której miałam w dziwnej pozycji stać przez 3 sekundy... zanim jednak do niej weszłam, pokazując na swój brzuch, spytałam, czy jest ona bezpieczna. Pani z obsługi wytłumaczyła mi, że jest ona całkowicie bezpieczna, więc spokojnie mogłam do niej wejść ;) Po odprawie dość długo czekaliśmy, aż samolot będzie gotowy przyjąć nas na pokład. Gdy pokazał się numer bramki, do której mieliśmy się udać, okazało się, że musimy przejechać 2 przystanki pociągiem. Ja jechałam nim już drugi raz, za to Michał pierwszy, więc się ucieszył ;) Wszyscy byliśmy już zmęczeni, więc odetchnęliśmy z ulgą, gdy w końcu moglismy rozsiąść się w samolocie. Lot na szczęście minął szybko i jedne co nas zastanawiało, to to, czy nasza Zafirka odpali ;) We Wrocławiu było bardzo zimno, lecz autko nie zrobiło nam psikusa ;) Odwieźliśmy dziadków do domu, a następnie wróciliśmy do siebie... Rudi był przeszczęśliwy jak nas zobaczył i my również tęskniliśmy za naszym psiakiem ;) To był krótki, choć naprawdę udany wyjazd!

A na koniec... o czym warto pamiętać podróżując w ciąży?
- Przed wylotem obowiązkowo należy wybrać się do swojego lekarza prowadzącego, który po badaniu stwierdzi, czy nie ma żadnych przeciwwskazań do lotu i jeśli linie tego wymagają, podpisze zgodę na lot.
- Jeśli wybieramy się za granicę warto wykupić sobie dodatkowe ubezpieczenie. Oczywiście ubezpieczenie warto mieć ze sobą podczas każdej podróży (na każdy autokarowy EuroTripie mieliśmy wykupione ubezpieczenie, w końcu nigdy nie wiadomo co może się stać), jednak ciąża jest okresem zwiększonego ryzyka. Ja wykupiłam sobie ubezpieczenie na podróż w PZU za 7,44 zł. Jak widzicie nie był to duży koszt (skorzystałam również ze swojej zniżki studenckiej), a przynajmniej mogłam się podczas podróży czuć bezpieczniej, bo w razie konieczności wizyty w szpitalu, nie zostałabym obciążona dodatkowymi kosztami. 
- W samolocie warto zająć miejsce od przejścia. A to przez częstsze wizyty w toalecie lub po prostu chęć rozprostowania nóg. Siedząc przy oknie niestety trzeba się przepchać przez innych pasażerów co nie jest komfortowe ani dla nich, ani dla nas.
- Może zabrzmi to głupio, ale warto rozplanować sobie każdą wizytę w toalecie i korzystać z każdej dostępnej po drodze ;) Ja miałam ten komfort, że znałam lotnisko i wiedziałam, gdzie mogę z toalety skorzystać. W Londynie poza ścisłym centrum toalety na stacjach metra w większości są bezpłatne, lecz w centum trzeba się liczyć z dodatkowymi kosztami. 
- Na koniec warto zadbać o wygodne, nieobciskające ubrania ;) 

Komentarze

  1. Fajny wyjazd. Dziadkowie pewnie byli zachwyceni :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajna wycieczka! Jeśli kiedyś wrócicie do Londynu z Maluszkiem to mogę Wam polecić kilka ciekawych miejsc. Pozdraiwam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękujemy wszystkim za komentarze! Jest nam bardzo miło, że czytacie naszego bloga :)

Popularne posty z tego bloga

Zakopane - dzień trzeci (Gubałówka)

10 listopada 2014 - trzeci dzień pobytu w Zakopanem.
Obudziliśmy się naprawdę wyspani. Nie mieliśmy jakiś większych planów na ten dzień, a nasi znajomi byli w pracy. Po śniadaniu zdecydowaliśmy, że nie będziemy przecież siedzieć w domu, bo to aż grzech! Stwierdziliśmy, że wybierzemy się na Gubałówkę, która jest jednym z najczęściej odwiedzanych i najpopularniejszych miejsc w Zakopanem. Przed wyjściem, sprawdziliśmy jeszcze, czy będzie można wjechać z psem kolejką, bo nie chcieliśmy przeciążać bolącej łapki Mordka. 
Przeszliśmy przez znajdujący się pod Gubałówką plac targowy, na którym można kupić dosłownie wszystko! Od płaszczy i innych ubrań, poprzez pamiątki, aż do oscypków i innych wyrobów.



Na Gubałówkę prowadzi kolej linowo-terenowa z Zakopanego, wybudowana w 1938 roku, długości 1298 m, przy różnicy wysokości ok. 300 m., zmodernizowana w 2001 roku. 

Więcej informacji i cennik na stronie.
Ustawiliśmy się w gigantycznej kolejce i czekaliśmy... W końcu jednak kupiliśmy bilety o parę…

Zamek Książ

Małymi krokami przyzwyczajamy naszego podróżnika do wycieczek. Nie możemy narzekać, bo w aucie Kubuś jest bardzo grzeczny, dlatego śmiało planujemy kolejne wyjazdy ;) Tym razem zabraliśmy młodego do jednego z największych zamków w Polsce i Europie, a już na pewno największego na Dolnym Śląsku, czyli do Zamku Książ :) 
Podróż nie trwałą długo, a Kubuś przez większość drogi nie spał, więc spodziewaliśmy się, że niedługo zaśnie nam w wózku. Auto zostawiliśmy na parkingu i skierowaliśmy się w stronę punktu widokowego. Idąc na punkt podziwialiśmy przepiękne, wiekowe rododendrony :)

Zamek w Mosznej

Planując miejsce na naszą sesję ślubną myśleliśmy, że wybierzemy Zamek Kliczków, w którym odbyło się nasze wesele. Im bliżej było do dnia sesji, tym większe mieliśmy wątpliwości. W końcu zdjęcia w Kliczkowie już mamy... i wtedy natrafiliśmy przypadkiem na zdjęcia z Zamku Moszna. Byliśmy w tym zamku w roku 2010 na szkolnej wycieczce, zwiedzaliśmy wtedy zamkowe komnaty jak i przepiękne tereny dookoła zamku. Zdecydowaliśmy, że to właśnie tam chcemy mieć sesję! Nie w komnatach, bo musimy przyznać, że nie zachwyciły nas one, choć są warte zobaczenia. Lecz zamek z zewnątrz wygląda po prostu magicznie! Cena sesji na zamkowych błoniach to 100 zł. Udostępnili nam również toaletę, w której mogliśmy się przebrać i przygotować do zdjęć. Gdy byliśmy już gotowi, ruszyliśmy z naszym genialnym fotografem (Michał Słomiński) w plener! 
Historia zamku
Moszna położona jest na szlaku komunikacyjnym łączącym Prudnik z Krapkowicami. Nazwa wioski pochodzi prawdopodobnie od nazwiska Moschin, rodziny przybyłej…

Kolorowe Jeziorka

Szukając ciekawych miejsc na terenie Dolnego Śląska natrafiliśmy na Kolorowe Jeziorka znajdujące się zaledwie 90 km od Wrocławia. Korzystając z tego, że moi rodzice przyjechali na urlop do Polski wsiedliśmy w czwórkę w auto, Rudiego zapakowaliśmy do bagażnika i 23 kwietnia 2016 r. ruszyliśmy na jednodniowy wypad w góry ;) Droga minęła nam naprawdę szybko, choć im bliżej jeziorek tym bardziej jest ona kręta i wąska. W końcu dotarliśmy na parking (płatny 10 zł), zjedliśmy coś i ruszyliśmy na szlak!
Kolorowe Jeziorka położone w Rudawskim Parku Krajobrazowym, na terenie wsi Wieściszowice (gmina Marciszów, powiat kamiennogórski) od lat przyciągają turystów nie tylko z kraju, ale także z Europy. Cztery jeziorka: żółte, purpurowe, błękitne i czarne leżą na zboczu Wielkiej Kopy. Zabarwienie wody w akwenach związane jest ze składem chemicznym ścian i dna wyrobisk. Na początku XVIII w. ówcześni mieszkańcy Rohnau (obecnie Wieściszowice) zaczęli wydobywać łupki pirytonośne, w które obfituje tutej…