Przejdź do głównej zawartości

Chrzest podróżnika, czyli pierwsza wycieczka Kubusia na Ślężę :)

Gdy 27 marca 2017 roku na świat przyszedł nasz przyszły mały podróżnik, od razu zaczęliśmy planować krótkie wycieczki, na które wybierzemy się z nim w tym roku. Na pierwszy wyjazd Kubusia, który był jednocześnie jego podróżniczym chrztem, wybraliśmy górę Ślężę :) Po dokładnym upewnieniu się, że na pewno da się tam wjechać wózkiem, spakowaliśmy wszystkie rzeczy potrzebne w podróży z takim maleństwem i ruszyliśmy w drogę. Rudi też już nie mógł się doczekać ;)  


Auto zaparkowaliśmy na parkingu w Przełęczy Tąpadła i ruszyliśmy na żółty szlak prowadzący na szczyt Ślęży. Już na początku drogi wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie... pchanie wózka pod górę jest dość męczące, ale nie zamierzaliśmy się poddać :) Jednak na zdjęciach droga wygląda na łagodniejszą i wcale nie męczącą ;)








Pogoda była idealna na tego typu wycieczki. Młody spał sobie smacznie, Rudi biegał jak szalony, a my cieszyliśmy się tymi wspólnie spędzonymi chwilami... 



Nie było łatwo, droga stawała się coraz gorsza. Cieszyliśmy się, że wybraliśmy wózek z dużymi kołami, dzięki którym podjazd był choć trochę lżejszy. Szczerze mówiąc wybierając wózek, braliśmy pod uwagę tylko taki, który bez problemu przejedzie przez cięższe tereny ;) 
Robiło się coraz cieplej, a drogę na szczyt odmierzaliśmy sobie stacjami drogi krzyżowej, znajdującymi się na drzewach. Wiedzieliśmy, że ostatnia stacja znajduje się na szczycie, co dodawało nam sił. Ja i tak nie miałam tak źle, w końcu tylko prowadziłam Rudego :)













Udało się! Byliśmy niezwykle szczęśliwi, że Kubuś zdobył z nami swój pierwszy w życiu szczyt. Może Ślęża to nie jest jakiś duży wyczyn, lecz byliśmy z siebie mega dumni, że wjechaliśmy tu wózkiem z prawie 7 tygodniowym synkiem ;) 




Ślęża (718 m n.p.m.), dawniej także nazywana Sobótką, niem. Zobtenberg - Góra Sobótka – jest najwyższym szczytem Masywu Ślęży. Piękna na tle pogodnego nieba, straszna w czasie burz była w dawnych wiekach miejscem pogańskiego kultu religijnego miejscowych plemion, uznawana za "siedzibę bogów" - Śląski Olimp. Początki kultu sięgają epoki brązu (700 r. p.n.e.), a upadek przypada na początki chrystianizacji tych obszarów w X i XI w. Rozkwit sanktuarium związany był z osadnictwem celtyckich Bojów. Pod koniec IV w. p.n.e. grupy Bojów założyły sanktuarium na górze Ślęży. Ośrodek kultu na Ślęży poświęcony był przede wszystkim bóstwu słonecznemu - kult solarny. Pozostałością tamtych czasów jest wiele rzeźb kultowych i równie tajemniczych kamiennych wałów usypanych wokół szczytów Ślęży, Raduni i Wieżycy. Góra Ślęża jeszcze w XI w. słynęła z pogańskich praktyk religijnych. Jednym z nich było starosłowiańskie święto Kupały, święto radości i pojednania, którego centralnym punktem jest palenie ogniska zwanego Sobótką, związana jest z Górą Ślężą, obchodzone w okresie najdłuższego dnia, znane jeszcze dziś w Polsce pod nazwą "Sobótki". Dzisiaj Ślęża jest miejscem masowo odwiedzanym przez cały rok, stanowiąc doskonały punkt widokowy na Sudety (zwłaszcza Gór Sowich) i Nizinę Śląską z pobliskim Jeziorem Mietkowskim i nieco odleglejszym Wrocławiem.




Na szczycie Kubuś oczywiście zjadł swój "obiad", w końcu zgłodniał po tak wyczerpującej wspinaczce ;) Następnie porobiliśmy mnóstwo zdjęć, by móc w przyszłości poopowiadać wszystko naszemu małemu podróżnikowi :)



Michał wraz z Kubusiem i Rudim odpoczywali sobie na szczycie, a ja ruszyłam zdobyć niedawno odremontowaną wieżę widokową. Po remoncie jej konstrukcja się nie zmieniła, więc wchodząc po schodkach nadal można odczuć lekki dreszczyk adrenaliny ;) Żeby chłopaki nie czekali na mnie zbyt długo, weszłam tylko na pierwszą kondygnację... przecież nie powiem, że zmiękły mi nogi ;)


Zatrzymałam się na chwilę, by móc zachwycić się widokami i spokojnie odetchnąć. Uwielbiam to uczucie, zawsze mam wrażanie, że czas na moment się zatrzymał... Niestety to tylko wrażenie, więc musiałam pędzić do czekającej na mnie ferajny ;)













Droga w dół z wózkiem też nie była łatwa, lecz zdecydowanie szybsza. Tempo mieliśmy naprawdę rewelacyjne. W drodze powrotnej Kubuś już nie spał. Pewnie zastanawiał się, gdzie go ci rodzice wyciągnęli i czemu w jego wózku jest taki bałagan ;)




Jak na pierwszą tak "długą" wycieczkę z naszym synkiem, możemy uznać, że poradziliśmy sobie wspaniale. Przekonaliśmy się, że podróże będą ciut cięższe, lecz nie będą one niemożliwe. W końcu można realizować swoje marzenia, wystarczy tylko odrobina wiary i determinacja w dążeniu do celu. Ten wyjazd był dla nas wyjątkowo ważny i dzięki niemu w głowach pojawiły nam się pomysły na kolejne wycieczki z nowym członkiem naszej ekipy Zakochanych w podróży :)

Komentarze

  1. No proszę jaki mały podróżnik. Czym skorupka za młodu nasiąknie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Po zdjęciach widać że to Rudi miał najciężej, wszystkich musiał wciągnąć 😀

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie, ze nie rezygnujecie z podrozy ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Brawo, rośnie kolejne pokolenie Zakochanych w podróży. Zdrówka dla małego podróżnika.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękujemy wszystkim za komentarze! Jest nam bardzo miło, że czytacie naszego bloga :)

Popularne posty

Zakopane - dzień trzeci (Gubałówka)

10 listopada 2014 - trzeci dzień pobytu w Zakopanem.
Obudziliśmy się naprawdę wyspani. Nie mieliśmy jakiś większych planów na ten dzień, a nasi znajomi byli w pracy. Po śniadaniu zdecydowaliśmy, że nie będziemy przecież siedzieć w domu, bo to aż grzech! Stwierdziliśmy, że wybierzemy się na Gubałówkę, która jest jednym z najczęściej odwiedzanych i najpopularniejszych miejsc w Zakopanem. Przed wyjściem, sprawdziliśmy jeszcze, czy będzie można wjechać z psem kolejką, bo nie chcieliśmy przeciążać bolącej łapki Mordka. 
Przeszliśmy przez znajdujący się pod Gubałówką plac targowy, na którym można kupić dosłownie wszystko! Od płaszczy i innych ubrań, poprzez pamiątki, aż do oscypków i innych wyrobów.



Na Gubałówkę prowadzi kolej linowo-terenowa z Zakopanego, wybudowana w 1938 roku, długości 1298 m, przy różnicy wysokości ok. 300 m., zmodernizowana w 2001 roku. 

Więcej informacji i cennik na stronie.
Ustawiliśmy się w gigantycznej kolejce i czekaliśmy... W końcu jednak kupiliśmy bilety o parę…

Podróż poślubna - dzień dziewiąty

Ostatni dzień naszej podróży poślubnej... Wyspaliśmy się i po śniadaniu dopakowaliśmy resztę rzeczy do toreb, a następnie zanieśliśmy je do przechowalni, oddaliśmy klucz od apartamentu i ruszyliśmy na ostatni spacer po Corralejo. Nie bardzo chciało nam się wracać, na wyspie spędziliśmy naprawdę wspaniałe chwile, lecz wszystko kiedyś się kończy, a przed nami jeszcze wiele przygód ;) Tego dnia pogoda była piękna, usiedliśmy przy plaży i podziwialiśmy widoki. Fuerteventura była dobrym pomysłem na podróż poślubną. Po czterech autokarowych EuroTripach mieliśmy okazję wypocząć i zwolnić choć na chwilę ;)








Samolot powrotny mieliśmy późnym popołudniem, więc wybraliśmy się ostatni raz do naszej ulubionej pizzerii, a następnie wróciliśmy do hotelu. Gdy Michał skrył się w cieniu z laptopem, ja ostatni raz wskoczyłam do basenu, by popływać, a następnie delektować się słonecznymi promieniami na leżaczku ;) 



Niedługo później przyjechał autokar, mający nas zawieźć na lotnisko. Kolejki do odprawy był…

Warszawa, czyli pierwsze Kubusiowe odwiedziny stolicy!

2 września 2017 roku to dla nas ważna data. Tego dnia Kubuś wkroczył na wyższy poziom podróżowania i odbył swój pierwszy lot samolotem! A w sumie to dwa loty jednego dnia ;) Odwiedził również swoją pierwszą stolicę! Stawiliśmy się na lotnisku dość wcześnie. Mieliśmy ze sobą tylko torby podręczne i wózek, który braliśmy ze sobą do odprawy. Kubuś był bardzo grzeczny i uśmiechał się do każdego, kto go zaczepił ;) Czas na lotnisku minął ekspresowo i zaraz musieliśmy szykować się do wejścia na pokład. Wózkiem podjechaliśmy aż pod sam samolot, gdzie oddaliśmy go obsłudze, żeby mogli zapakować go do luków. 


Pomimo tego, że Kubuś jest grzeczny, obawialiśmy się jak zareaguje na wszystkie nowe odczucia i dźwięki. Okazało się, że nie potrzebnie się martwiliśmy, bo nawet nie zwrócił większej uwagi i chwilę po starcie poszedł spać :)


Lot do Warszawy trwał około 40 minut. Wylądowaliśmy na Lotnisku Chopina, wózek czekał na nas przy samolocie. Prosto z lotniska ruszyliśmy na miasto. Pogoda nam nie s…

Londyn 2015 - Royal Air Force Museum

22 stycznia 2015 roku, czyli nasz drugi dzień pobytu w Londynie, nie mógł rozpocząć się inaczej, niż przepysznym English Breakfast w wykonaniu Marty Taty! Jest to tradycyjny posiłek (śniadanie) serwowany na ciepło w krajach Wysp Brytyjskich. Kiedyś codzienny w większości angielskich domów, obecnie podawany głównie w hotelach, pensjonatach i B&B. Nasze śniadanie nie było pełną wersją angielskiego dania, lecz dzięki niemu byliśmy gotowi na intensywny, pełen atrakcji dzień :)

Tego dnia naszym głównym celem było zobaczenie Londyńskiego muzeum lotnictwa - RAF. Dlatego gdy cała nasza trójka była już w pełni gotowa do drogi, poszliśmy do sklepu załadować nasze Oyster card, po czym wsiedliśmy do autobusu 302. Autobus ten nie dojeżdża co prawda do samego muzeum, ale z jedną przesiadką do autobusu 303, był dla nas idealną opcją :) 
Informacje praktyczne Wstęp: Bezpłatny, dzieci w wieku poniżej 16 lat powinny znajdować się pod opieką dorosłych. Godziny otwarcia: 10.00 - 18.00, ostatnie wejście…