Podsumowanie 2018 roku

Jak co roku przyszedł czas na przemyślenia i podsumowanie minionego roku... na blogu mnóstwo zaległości. Obiecujemy, że niedługo postaramy się to nadrobić, a to dlatego, że ten rok nie był dla nas dobry... Zapowiadał się naprawdę rewelacyjnie, w głowach mnóstwo planów na podróże i krótkie wycieczki, jednak wszystko zmieniło się w marcu, gdy u mojego Taty zdiagnozowano raka płuc... Poważnie straciliśmy grunt pod nogami i nie wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać w najbliższych miesiącach, choć mieliśmy świadomość tego, że nie będzie dobrze. Wyjazd do Chorwacji, który zorganizowaliśmy, by odwdzięczyć się moim rodzicom za te wszystkie wyjazdy, w których nam pomogli i które przeżyli z nami, nagle przestał nas totalnie cieszyć... pojechaliśmy tylko dlatego, że Tata powiedział, żebyśmy jechali... nie tak to miało wyglądać. Tata przegrał walkę 26 października... a my byliśmy przy nim do samego końca. Był naprawdę wspaniałym człowiekiem... To on zaszczepił we mnie pasję podróżnika i chęć odkrywania świata i zawsze był dla nas autorytetem. Strasznie ciężko nam się z tym pogodzić, ale musimy żyć dalej...
W 2018 roku były też dobre chwile. Kilka udanych wycieczek i wyjazdów razem z naszym Kubusiem, który już tak dużo rozumie i tak bardzo się zmienił. Prawdziwy podróżnik nam rośnie 😉 Obroniłam licencjat na studiach i zaczęłam magisterkę z Zarządzania. Michał natomiast dzielnie przygotowuje się do obrony pracy inżynierskiej.
Było sporo dobrych i złych momentów, jednak mamy nadzieję, że rok 2019 będzie dla nas dużo lepszy... planów mamy sporo, trochę mniej podróżniczych, choć kilku wycieczek na pewno nie odpuścimy 😉 A plany bardzo ambitne, więc trzymajcie kciuki 😉
Życzymy Wam standardowo, tego co zawsze... Niech nadchodzący 2019 rok będzie jeszcze lepszy i da wam dużo radości. Spełniajcie swoje marzenia, realizujcie plany, zawsze uparcie dążcie do celu! Życzymy wam dużo szalonych podróży, tanich biletów, samych pięknych kadrów i niesamowitych przeżyć. Po prostu SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! 😃


Małe przypomnienie naszego roku:
MARZEC: Karpacz
KWIECIEŃ: Zalew Mietkowski
MAJ: Brist, Dubrownik, Split, Trogir, Wyspa Hvar, Mostar, Medjugorie, Wodospady Kravica
CZERWIEC: Zakopane, Gubałówka, Kasprowy Wierch, Kraków
LIPIEC: Warszawa, Londyn
SIERPIEŃ: Teplickie Skalne Miasto, Muzeum Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej
WRZESIEŃ: Muzeum Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej, Ślęża, Londyn
PAŹDZIERNIK: Londyn
LISTOPAD: Londyn
GRUDZIEŃ: Muzeum Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej



Bałkańskie wakacje 2018 - dzień drugi


Chorwacja to zdecydowanie nasz raj na ziemi! To mega niezwykłe uczucie budzić się w tym miejscu, wyjść na taras i móc podziwiać te widoki... A dzień zaczął się dla nas zdecydowanie szybciej, niż byśmy tego chcieli... no cóż, Kuba już się wyspał 😅 Michał zabrał Rudiego na poranny spacer, a my powoli szykowaliśmy się do śniadania.

Bałkańskie wakacje 2018 - dzień pierwszy


Długo czekaliśmy na ten dzień i w końcu nadszedł! Wieczorem 20 maja ruszyliśmy w drogę, by tym razem już z Kubusiem, podbić Bałkany! Choć ten wyjazd miał wyglądać zupełnie inaczej... rodzice Marty, dla których chcieliśmy zorganizować ten wyjazd, by odwdzięczyć się im za te wszystkie podróże, które wspólnie z nimi i dzięki nimi odbyliśmy, niestety nie mogli pojechać z nami. Bardzo tego żałowaliśmy, lecz nic nie mogliśmy zmienić... by nie zmarnować dużego apartamentu, pojechała z nami kuzynka Marty - Dominika. No to w drogę!

Zalew Mietkowski


Często wyszukuję ciekawe miejsca, które można odwiedzić w okolicach Wrocławia... Przypadkiem na facebooku przeczytałam informację o Zalewie Mietkowskim. W kwietniu pogoda bardzo nam dopisywała, więc pomyślałam, że będzie to idealne miejsce na odpoczynek od codziennych obowiązków :) Szybko wyszukałam najlepszą trasę, przedstawiłam plan Michałowi, który od razu go zaakceptował. Zrobiliśmy zakupy na grilla i ruszyliśmy w drogę! Miejscowość Borzygniew, do której zmierzaliśmy, jest oddalona od naszego domu o niecałe 40 km, więc dojechaliśmy w miarę szybko (akurat nie było żadnych korków na A4).

Świątynia Wang w Karpaczu 2018


Wycieczkę do Karpacza planowaliśmy od grudnia, ale zawsze plany nam się zmieniały. A to się nie chciało, a to Kuba był przeziębiony, a to znowu studia... Ostatnio we Wrocławiu nie jest nam dane cieszyć się piękną, śnieżną zimą, więc odczuwaliśmy dość mocne braki śniegu. Na dodatek to była pierwsza zima naszego synka i bardzo chcieliśmy pokazać mu śnieg! Zaplanowaliśmy, że 3 marca obowiązkowo jedziemy na wycieczkę! Gdy rano wstaliśmy mieliśmy przygotowane "50 powodów, dla których nie pojedziemy do Karpacza"... Było mega zimno, a w Karpaczu akurat było jakoś wyjątkowo mało śniegu... Ostatecznie jednak ubraliśmy się ciepło i ruszyliśmy w drogę!

Londyn na czterech łapach


Podczas naszego świątecznego pobytu w Londynie postanowiliśmy wybrać się do centrum. Akurat trafiliśmy na piękną pogodę, więc szkoda by było tego nie wykorzystać ;) Postawiliśmy przed sobą też jeszcze jedno, drobne wyzwanie... jechał z nami Rudi! Spakowaliśmy wszystkie potrzebne nam rzeczy, wzięliśmy woreczki dla Rudego i w drogę! Do centrum dojechaliśmy dwoma autobusami. W pierwszym, kierowca kazał pójść z psem na górę... po konsultacji z moim tatą, który jest kierowcą, wiemy, że nie na takiego wymogu i było to jego zwykłe widzimisię... 

Stonehenge

Słynne na cały świat Stonehenge. Jedna z wizytówek Wielkiej Brytanii. Nawet Microsoft wykorzystuje zdjęcia tych kamiennych, intrygująco ułożonych w wielkie kręgi bloków na swoich tapetach. Jak więc będąc w Anglii i mając możliwość zobaczenia tego monumentu kultury i historii moglibyśmy mu się oprzeć, zwłaszcza mając pod ręką samochód? Już w dzieciństwie mając książkę o niesamowitych i niewyjaśnionych zagadkach ziemi figurowała tam pozycja właśnie z tym miejscem i od dawna była to dla mnie jedna z większych zagadek. Jak i dlaczego powstała? Nie było więc możliwości żebyśmy przepuścili okazję zobaczenia Stonehenge na własne oczy.

Spacer po Horsenden Hill West i Grand Union Canal w Londynie


Pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia wybraliśmy się na spacer po okolicy. Strasznie żałowaliśmy, że pogoda niestety nie zrobiła nam niespodzianki i nie zaskoczyła nas pięknymi, śnieżnymi widokami. Dobrze, że nie padał deszcz ;) 

Samochodem do UK - opis drogi, praktyczne porady + formalności do przewozu psa


W pierwszym zarysie ten post miał być poradnikiem w całości. Nie czuję się jednak jakimś autorytetem, a mój staż za kierownicą to tylko parę lat, dlatego wolę zostawić pisanie poradników kierowcom, o stażu co najmniej kilkunastu lat aktywnej jazdy. Ja jedynie napiszę swoje spostrzeżenia i to jak cały wyjazd wyglądał z mojej perspektywy. 

Bardzo cieszyłem się na myśl o tym wyjeździe. To miał być dla mnie prawdziwy sprawdzian... Od dłuższego czasu wyszukiwałem przeróżne poradniki i opinie w internecie, na temat tak długiej podróży, jaką jest wyjazd do Anglii autem. Mój zachwyt brał się, jak przypuszczam, w większości z faktu, że nie do końca (mino wszystkiego co słyszałem i czytałem) zdawałem sobie sprawę, na co tak naprawdę się porywam. Oczywiście, wszystkie te zapewnienia w mojej głowie, że to nie jest proste, że będę bardzo zmęczony, że potrzebny będzie przynajmniej jeden postój na godzinny sen, że nie znam jeszcze granic swoich możliwości, że muszę pilnować, by nie stracić koncentracji, że wiozę najdroższe memu sercu osoby i nie mogę popełnić błędu itd... gadanie... (zaraz powiem o co mi chodzi, nie rzucajcie jeszcze mięsem ;) )
Jeżeli ktoś jeździ tak jak ja, czyli do pracy i z pracy, ewentualnie do sklepu, czy robi okazjonalnie trasy do 600 km lub 8 godzin, to od razu mówię, nie macie pojęcia na co się porywacie. I nie żeby to było niemożliwe do wykonania, co to to nie. Jak widać 1400 km jednorazowo bez spania jest możliwe do zrobienia, nawet dla takiego żółtodzioba jak ja. Ale po kolei.

Jako porę podróży wybraliśmy naturalne godziny snu naszego szkraba, co ze względów logistycznych i strategicznych było świetnym wyborem. Nie ma to jak jechać w spokoju, słuchając cicho radia, gdy pociecha śpi smacznie i nie marudzi. Ciągniesz się wtedy koło za kołem, od czasu do czasu wrzucając lewy kierunkowskaz, by wyprzedzić jakąś ciężarówkę lub innego leniwie sunącego użytkownika drogi. Jest ciemno, spokojnie, obserwujesz czerwone punkty przed sobą, czyli światła innych aut, łapie cię pozorne poczucie bezpieczeństwa, nastawiasz temperaturę w aucie na 20℃ i pomału zasypi... O cholera!!! I o wypadek nietrudno, zwłaszcza dla osób takich jak ja, czyli nocnych śpiochów, których ciężko obudzić nawet pracą młota udarowego. I o ile jadąc do Anglii czułem przez pewien czas adrenalinę związaną z wyjazdem i całą tą otoczką, o tyle to uczucie znika po jakiś 300 km. W tym czasie przyzwyczajasz się już do jazdy na tyle, że adrenalina przestaje być produkowana i zostaje już tylko kofeina zawarta w twojej zimnej kawie. Dlaczego zimnej? Bo okazuje się, że do promu masz mnóstwo czasu, bo prawie 13 godzin. Potem robisz pięciominutową przerwę na stacji, by zakupić ten oto napój bogów i okazuje się że GPS, który pokazywał że dojedziesz na miejsce za 12 godzin pokazuje nagle 13 godzin, a za 13,5 godziny zamykana jest odprawa na prom! Myślisz sobie, pff, nadrobię. Tylko okazuje się, że jedziesz już godzinę, a czas przyjazdu skrócił się o zaledwie 5 minut. Tak więc robisz co możesz, żeby nie zatrzymywać się już więcej, nie kupować kolejnej kawy, więc pozostaje dopić tą zimną, która jedzie dzielnie w uchwycie na kawę. Jakie to niesprawiedliwe. Ty tylko chciałeś napić się kawy, to było tylko 5 minut! W tym miejscu nauczyłem się pierwszej ważnej rzeczy o jeździe na tak długie dystanse.

ZASADA NUMER 1: KAŻDE 5 MINUT NA STACJI, TO CO NAJMNIEJ 30 MINUT OPÓŹNIENIA.

Wiem że powinienem to wiedzieć skoro jeżdżę od 5 lat, ale ta zasada nie działa na krótkie dystanse. 5 minut opóźnienia na trasie Wrocław-Zakopane to tylko 10 minut opóźnienia, góra 15.

Wracając do pory wyjazdu. Jeżeli nie jesteś nocnym markiem, a przesiadywanie do 5 rano nie jest twoją mocną stroną, to taka jazda może kosztować cię dwa termosy kawy, 4 energetyki i bardzo skorych do rozmowy i pobudzania umysłowego pasażerów, którzy będą całą noc gadać przerażeni tym, że jak zamilkną to zaśniesz. Swoją drogą, zastanów się kogo ze sobą zabierasz na 14 godzin do puszki zwanej autem. 
Według amerykańskich badań duża część związków zostaje zakończonych w trakcie takiej podróży ;D   
Gdybym miał wybierać dogodną porę dla mnie na jazdę, to wybrałbym godzinę 8 rano, po wcześniejszym wypiciu kawy, nie zaś 18 tak jak w naszym przypadku. Muszę przyznać, że pierwszy kryzys pt. "CHCĘ MI SIĘ SPAĆ!!!" złapałem koło 22, następny około 24, a kolejny o 3 i 6, choć puszka energetyka i kanapka pomogły, to tylko na pewien czas. Nie lubię jeść w podróży, ale:

ZASADA NUMER 2: JEDZENIE TO TWÓJ PRZYJACIEL, KAWA I ENERGETYK TO KOCHANKA.

Bez sytych posiłków nie dałbym rady. Organizm zużywa masę energii skupiając się na prowadzeniu. Uzupełnianie jej to podstawa. A co do kawy... myślałem, że będzie działać lepiej, a robiła robotę tylko w parze z energetykiem. 

Co do samej jazdy, to była przyjemna. W Polsce... wiadomo jak to wyglądało. Niemcy to trochę inna bajka, choć w sumie podobna. Gdyby nie niemieckie autostrady i brak ograniczenia prędkości na pewnych odcinkach, z pewnością nie zdążylibyśmy na prom. 160 na liczniku przez ponad 300 km było nieocenione, a spalanie jeszcze na przyzwoitym poziomie. Na całej trasie musieliśmy tankować 1,5 raza. Wyjeżdżając z Wrocławia z pełnym bakiem zrobiliśmy jednen błąd, bo dojeżdżając do granicy z Niemcami niepotrzebnie dotankowaliśmy auto po (nie zdając sobie z tego sprawy) zawyżonej cenie. Śmiało mogliśmy skończyć tylko na 1 tankowaniu w północno-zachodnich Niemczech, przy granicy z Holandią.

ZASADA NUMER 3: ZAPLANUJ TANKOWANIE I SPRAWDŹ CENY!

Jazda przez Niemcy poszła gładko. Dla niedoinformowanych (tak jak my). W Niemczech, toalety ciepłe i przeważnie czyste = stacja benzynowa lub przydrożny bar w tym fast foody = 50-60 euro centów. Warto wziąć ze sobą trochę drobnych, chyba że wybieracie opcję numer dwa, czyli zimne, często bez papieru (zwłaszcza w nocy), z zimną wodą i trochę straszne, ALE DARMOWE, toalety na parkingach ulokowanych wzdłuż autostrad, choć nocą i przy obecnej sytuacji migracyjnej trochę strach było nam się tam zatrzymywać, więc korzystaliśmy z opcji płatnej. 
Co do jazdy po Holandii i Belgii... spodziewaliśmy się lepszych dróg. W pewnym momencie, o ile dobrze pamiętam, po wjeździe do Belgii, autostrada przez około 50 km miała tragiczną nawierzchnię, a gumy strasznie hałasowały. W tych krajach, z tego co widzieliśmy, toalety tylko na stacjach, płatne. 
Francja też przebiegła bezproblemowo, jeśli nie liczyć niesłychanej senności 30 km przed Dunkierką, z której mieliśmy prom. Wybraliśmy przewoźnika DFDS Seaways, który oferował najkorzystniejsze dla nas ceny.
Nasza trasa do tego momentu:



Zamek Topacz 2017


W zeszłym roku, korzystając z pięknej, październikowej pogody, wybraliśmy się do Zamku Topacz, który znajduje się zaledwie kilka kilometrów od naszego domu. Choć przebicie się przez miasto trochę trwało, wiecie... korki ;) Nie oczekiwaliśmy od tego miejsca zbyt wiele, aktualnie jest to hotel, więc nie zamierzaliśmy zwiedzać środka.

Londyn, drugi raz w jednym tygodniu :)


Zaledwie dwa dni po powrocie do Polski z Londynu, znów pojawiliśmy się na wrocławskim lotnisku. Tym razem również kierunkiem był Londyn, jednak wracałam w innym składzie. Michał musiał wrócić już do pracy, więc ja i Kubuś lecieliśmy z moją rodziną ;) Kuba był ze wszystkim zapoznany, jak na prawdziwego podróżnika przystało, więc zachowywał się bardzo grzecznie. Ja tym razem byłam jeszcze lepiej przygotowana niż ostatnim razem, bo wiedziałam już jak mogę przewozić jedzenie dla młodego oraz odkrywałam uroki nosidła dla dzieci :) Coraz lepiej i sprawniej wychodziła mi organizacja podróży z dzieckiem. Całe szczęście samolot nie był tym razem opóźniony, więc planowo weszliśmy na pokład i wzbiliśmy się w górę. To był 5 lot naszego małego podróżnika!
Dodam tylko, że WizzAir zapewnia pierwszeństwo wejścia na pokład grupie z jednej rezerwacji, w której podróżuje dziecko. Bilet, nawet dla tak małego dziecka, kosztuje w tych liniach dokładnie tyle samo, co bilet dorosłej osoby.

Londyn 2017 - pierwsza Kubusiowa wycieczka za granicę


23 września 2017 roku to data, której wyczekiwaliśmy z niecierpliwością... pierwszy lot samolotem Kuba miał już za sobą przy okazji podróży do Warszawy, lecz tym razem czekał go pierwszy lot za granicę, do Anglii :)

instagram