Samochodem do UK - opis drogi, praktyczne porady + formalności do przewozu psa


W pierwszym zarysie ten post miał być poradnikiem w całości. Nie czuję się jednak jakimś autorytetem, a mój staż za kierownicą to tylko parę lat, dlatego wolę zostawić pisanie poradników kierowcom, o stażu co najmniej kilkunastu lat aktywnej jazdy. Ja jedynie napiszę swoje spostrzeżenia i to jak cały wyjazd wyglądał z mojej perspektywy. 

Bardzo cieszyłem się na myśl o tym wyjeździe. To miał być dla mnie prawdziwy sprawdzian... Od dłuższego czasu wyszukiwałem przeróżne poradniki i opinie w internecie, na temat tak długiej podróży, jaką jest wyjazd do Anglii autem. Mój zachwyt brał się, jak przypuszczam, w większości z faktu, że nie do końca (mino wszystkiego co słyszałem i czytałem) zdawałem sobie sprawę, na co tak naprawdę się porywam. Oczywiście, wszystkie te zapewnienia w mojej głowie, że to nie jest proste, że będę bardzo zmęczony, że potrzebny będzie przynajmniej jeden postój na godzinny sen, że nie znam jeszcze granic swoich możliwości, że muszę pilnować, by nie stracić koncentracji, że wiozę najdroższe memu sercu osoby i nie mogę popełnić błędu itd... gadanie... (zaraz powiem o co mi chodzi, nie rzucajcie jeszcze mięsem ;) )
Jeżeli ktoś jeździ tak jak ja, czyli do pracy i z pracy, ewentualnie do sklepu, czy robi okazjonalnie trasy do 600 km lub 8 godzin, to od razu mówię, nie macie pojęcia na co się porywacie. I nie żeby to było niemożliwe do wykonania, co to to nie. Jak widać 1400 km jednorazowo bez spania jest możliwe do zrobienia, nawet dla takiego żółtodzioba jak ja. Ale po kolei.

Jako porę podróży wybraliśmy naturalne godziny snu naszego szkraba, co ze względów logistycznych i strategicznych było świetnym wyborem. Nie ma to jak jechać w spokoju, słuchając cicho radia, gdy pociecha śpi smacznie i nie marudzi. Ciągniesz się wtedy koło za kołem, od czasu do czasu wrzucając lewy kierunkowskaz, by wyprzedzić jakąś ciężarówkę lub innego leniwie sunącego użytkownika drogi. Jest ciemno, spokojnie, obserwujesz czerwone punkty przed sobą, czyli światła innych aut, łapie cię pozorne poczucie bezpieczeństwa, nastawiasz temperaturę w aucie na 20℃ i pomału zasypi... O cholera!!! I o wypadek nietrudno, zwłaszcza dla osób takich jak ja, czyli nocnych śpiochów, których ciężko obudzić nawet pracą młota udarowego. I o ile jadąc do Anglii czułem przez pewien czas adrenalinę związaną z wyjazdem i całą tą otoczką, o tyle to uczucie znika po jakiś 300 km. W tym czasie przyzwyczajasz się już do jazdy na tyle, że adrenalina przestaje być produkowana i zostaje już tylko kofeina zawarta w twojej zimnej kawie. Dlaczego zimnej? Bo okazuje się, że do promu masz mnóstwo czasu, bo prawie 13 godzin. Potem robisz pięciominutową przerwę na stacji, by zakupić ten oto napój bogów i okazuje się że GPS, który pokazywał że dojedziesz na miejsce za 12 godzin pokazuje nagle 13 godzin, a za 13,5 godziny zamykana jest odprawa na prom! Myślisz sobie, pff, nadrobię. Tylko okazuje się, że jedziesz już godzinę, a czas przyjazdu skrócił się o zaledwie 5 minut. Tak więc robisz co możesz, żeby nie zatrzymywać się już więcej, nie kupować kolejnej kawy, więc pozostaje dopić tą zimną, która jedzie dzielnie w uchwycie na kawę. Jakie to niesprawiedliwe. Ty tylko chciałeś napić się kawy, to było tylko 5 minut! W tym miejscu nauczyłem się pierwszej ważnej rzeczy o jeździe na tak długie dystanse.

ZASADA NUMER 1: KAŻDE 5 MINUT NA STACJI, TO CO NAJMNIEJ 30 MINUT OPÓŹNIENIA.

Wiem że powinienem to wiedzieć skoro jeżdżę od 5 lat, ale ta zasada nie działa na krótkie dystanse. 5 minut opóźnienia na trasie Wrocław-Zakopane to tylko 10 minut opóźnienia, góra 15.

Wracając do pory wyjazdu. Jeżeli nie jesteś nocnym markiem, a przesiadywanie do 5 rano nie jest twoją mocną stroną, to taka jazda może kosztować cię dwa termosy kawy, 4 energetyki i bardzo skorych do rozmowy i pobudzania umysłowego pasażerów, którzy będą całą noc gadać przerażeni tym, że jak zamilkną to zaśniesz. Swoją drogą, zastanów się kogo ze sobą zabierasz na 14 godzin do puszki zwanej autem. 
Według amerykańskich badań duża część związków zostaje zakończonych w trakcie takiej podróży ;D   
Gdybym miał wybierać dogodną porę dla mnie na jazdę, to wybrałbym godzinę 8 rano, po wcześniejszym wypiciu kawy, nie zaś 18 tak jak w naszym przypadku. Muszę przyznać, że pierwszy kryzys pt. "CHCĘ MI SIĘ SPAĆ!!!" złapałem koło 22, następny około 24, a kolejny o 3 i 6, choć puszka energetyka i kanapka pomogły, to tylko na pewien czas. Nie lubię jeść w podróży, ale:

ZASADA NUMER 2: JEDZENIE TO TWÓJ PRZYJACIEL, KAWA I ENERGETYK TO KOCHANKA.

Bez sytych posiłków nie dałbym rady. Organizm zużywa masę energii skupiając się na prowadzeniu. Uzupełnianie jej to podstawa. A co do kawy... myślałem, że będzie działać lepiej, a robiła robotę tylko w parze z energetykiem. 

Co do samej jazdy, to była przyjemna. W Polsce... wiadomo jak to wyglądało. Niemcy to trochę inna bajka, choć w sumie podobna. Gdyby nie niemieckie autostrady i brak ograniczenia prędkości na pewnych odcinkach, z pewnością nie zdążylibyśmy na prom. 160 na liczniku przez ponad 300 km było nieocenione, a spalanie jeszcze na przyzwoitym poziomie. Na całej trasie musieliśmy tankować 1,5 raza. Wyjeżdżając z Wrocławia z pełnym bakiem zrobiliśmy jednen błąd, bo dojeżdżając do granicy z Niemcami niepotrzebnie dotankowaliśmy auto po (nie zdając sobie z tego sprawy) zawyżonej cenie. Śmiało mogliśmy skończyć tylko na 1 tankowaniu w północno-zachodnich Niemczech, przy granicy z Holandią.

ZASADA NUMER 3: ZAPLANUJ TANKOWANIE I SPRAWDŹ CENY!

Jazda przez Niemcy poszła gładko. Dla niedoinformowanych (tak jak my). W Niemczech, toalety ciepłe i przeważnie czyste = stacja benzynowa lub przydrożny bar w tym fast foody = 50-60 euro centów. Warto wziąć ze sobą trochę drobnych, chyba że wybieracie opcję numer dwa, czyli zimne, często bez papieru (zwłaszcza w nocy), z zimną wodą i trochę straszne, ALE DARMOWE, toalety na parkingach ulokowanych wzdłuż autostrad, choć nocą i przy obecnej sytuacji migracyjnej trochę strach było nam się tam zatrzymywać, więc korzystaliśmy z opcji płatnej. 
Co do jazdy po Holandii i Belgii... spodziewaliśmy się lepszych dróg. W pewnym momencie, o ile dobrze pamiętam, po wjeździe do Belgii, autostrada przez około 50 km miała tragiczną nawierzchnię, a gumy strasznie hałasowały. W tych krajach, z tego co widzieliśmy, toalety tylko na stacjach, płatne. 
Francja też przebiegła bezproblemowo, jeśli nie liczyć niesłychanej senności 30 km przed Dunkierką, z której mieliśmy prom. Wybraliśmy przewoźnika DFDS Seaways, który oferował najkorzystniejsze dla nas ceny.
Nasza trasa do tego momentu:




W Dunkierce przeszliśmy szybko odprawę, po czym zaparkowaliśmy na wyznaczonym miejscu w oczekiwaniu na prom. Myślałem, że dam radę przysnąć wtedy choć na chwilę, ale nie udało mi się. Koło godziny 7 przypłyną prom i zaczął się wyładunek, a o 8 już odpływaliśmy. Te 2 godziny podróży miałem nadzieję przespać, ale tu również niespodzianka... nie potrafię spać na siedząco, co oznaczało brak snu aż do czasu dojechania do Londynu. Zresztą, o 9 wzeszło słońce i muszę przyznać, że dla mojego organizmu był to całkiem przyzwoity kopniak energetyczny. Ale szczerze, bez tego odpoczynku od jazdy, myślę, że bym wymiękł. Na promie zjedliśmy również, miernej jakości, ale zawsze, ENGLISH BREAKFAST, które choć trochę dodało mi energii. 
PS. Pies, w trakcie podróży promem, musi zostać w aucie!
 












Pomimo zmęczenia, nie dało się przejść obojętnie obok białych klifów w Dover, które oznaczały, że zaraz trzeba wracać do auta...





Tak oto nastała godzina 0! Godzina zjazdu z promu i postawienia stopy... znaczy opon, na brytyjskim asfalcie. Czy się stresowałem? Mocno. Wypiłem kolejnego, ostatniego już energetyka i w drogę. Nie powiem, jazda po Anglii na początku do prostych nie należy. Dla mnie najgorszy okazał się stres, związany z ograniczeniami prędkości. Ile to 20, 30, 40, 50, 60 czy 70 MPH? Widzisz znaki, a twój zmęczony umysł próbuje robić skomplikowane obliczenia. Można było przygotować sobie ściągę, ale jak dla mnie jest nieporęczna. Zamiast tego (niestety dopiero następnego dnia) opracowałem prostą metodę, która wcześniej była poza możliwościami mojego mózgu (1 MPH= 1,5 KM/H, czyli 30 MPH = 45 KM/H, 70 MPH = 105 KM/H, itd. i tym sposobem zawsze jedziesz o te 3/7 MPH wolniej niż mówi ograniczenie) i gdyby nie teść, który czuwał by podawać mi prawidłowe ograniczenia prędkości, z pewnością zacząłbym je przekraczać. Na pierwszy wyjazd proponuję jednak mieć ściągę w widocznym miejscu lub dobrego pilota. Wielka Brytania to dla kierowcy 2 rzeczy:

1. Żonglerka ograniczeniami prędkości co parę kilometrów, a nawet częściej.

2. Wszędzie speed kamery i fotoradary. 

Jest to kraj, w którym nie radzę przekraczać prędkości, zresztą prawdopodobnie będziesz jedynym kierowcą który stara się nie jechać przepisowo. Tam większość chcąca zachować prawo jazdy dłużej, niż jeden dzień, stosuje się do ograniczeń.  Do tego brak tolerancji przy przekraczaniu prędkości.

ZASADA NUMER 4. PILNUJ OGRANICZEŃ PRĘDKOŚCI!

Wielu kierowców, w tym mnie, przerażał ruch lewostronny w Anglii. I tu dla mnie zaskoczenie... nie jest to aż tak straszne, pod warunkiem, że jedziesz autostradą. Należy również zapamiętać jedną, prostą zasadę, w razie "W" krawężnik masz mieć po swojej lewej stronie! Jazda w mieście to zupełnie inna para kaloszy... to ciągłe pilnowanie się. Na autostradzie co innego było dla mnie problematyczne... 4 i więcej pasów w jedną stronę, przez prawie cały czas. W Wielkiej Brytanii to chyba standard, że 4 pasy muszą być. Jest to świetne rozwiązanie na korki, ale bardzo dezorientujące dla kierowców, którzy uważali 3-pasmową autostradę w Niemczech za szczyt możliwości konstruktorskich. Musisz mieć oczy naprawdę dookoła głowy, co po 14 godzinach jazdy i braku snu, jest naprawdę ciężkim zadaniem. Choć w moim przypadku stres był tak wielki, że senność przeszła mi aż do późnego wieczora. Co ciekawe, taka ilość pasów znacznie ułatwia poruszanie się. Jest płynniejsze. Kultura jazdy w Anglii jest dużo wyższa niż na słynnych niemieckich drogach, choć wiadomo, zdarzają się przypadki nieuleczalnej głupoty i chamstwa. Nam na szczęście udało się dojechać do Londynu bez większych problemów, choć bezwzględnie należy przygotować sobie bardzo dobry GPS na jazdę po wyspie. Googlowski sobie nie dał rady i pomylił trasę, przez co zamiast jechać w kierunku obwodnicy Londynu kierował nas na płatne centrum miasta. Gdyby nie zimna krew mojego wspaniałego teścia, prawdopodobnie mielibyśmy kłopoty z dojechaniem do celu. Musicie też pamiętać, że prawie zawsze dwa lewe skrajne pasy są odnogami do zjazdu z autostrady. Najlepiej trzymać się 3 i 4 pasa licząc od lewej, o ile nie chce się za chwilę zjechać z autostrady.

Autostrada jednak to pół biedy.  Prawdziwa walka zaczyna się w mieście.

Mnóstwo rond, mnóstwo zjazdów, mnóstwo zjeżdżających się pasów, mnóstwo ROND TURBINOWYCH, z którymi tu miałem lekki problem i niejednokrotnie musiałem mocno zwalniać i czekać, aż mnie ktoś wpuści na właściwy pas. Anglia to w ogóle kraj 1000 i jednego ronda. Są wszędzie, gdzie to tylko możliwe. W mieście trzeba jeszcze mocniej uważać na wszelkiego rodzaju ograniczenia prędkości, nie ma tu zasady prawej/lewej strony tylko pierwszeństwo na skrzyżowaniach ustalane jest za pomocą pionowych znaków (np. STOP lub GIVE WAY). Nie będę się bardziej rozpisywać o tym, po prostu wklejam link do strony, na której znajduje się artykuł z 2014 r., jest on jednak  nadal aktualny i dobrze opisuje wszystkie niuanse poruszania się po Anglii.  


Jeszcze jedna rada... jeżeli auto nie spełnia minimum norm EURO 4, to polecam trzymać się jak najdalej od centrum Londynu. W samym centrum wjazd jest jeszcze bardziej rygorystyczny i płatny. 





Po 16 godzinach jazdy udało nam się dojechać szczęśliwie do celu.  Radość była przeogromna ;)


Droga powrotna niewiele się różniła od pierwotnej. Tym razem wracaliśmy sami, bez nieocenionej pomocy teścia. Znów wyjechaliśmy koło 16 czasu angielskiego, prom odpływał o 19:30 czasu lokalnego. Problem był tu następujący... W drodze do Anglii miałem 11 godzin jazdy i przerwę na promie, gdy byłem już maksymalnie zmęczony. Tu sytuacja była dramatycznie gorsza, bo mieliśmy 300 km za sobą, przerwę i od 12 w nocy czekało mnie 1100 km trasy. Na promie znowu nie dało się spać, a jak wspomniałem popełniłem straszny błąd, bo nie przespałem się przed wyjazdem (z powodu stresu i nie tylko), co miało katastrofalne skutki, bo zamiast wracać 16 godzin wracaliśmy przez moje zmęczenie 21 godzin, czego nie życzę nikomu. 

ZASADA NUMER 5: KONIECZNIE WYŚPIJ SIĘ PRZED JAZDĄ!





Przez moje niewyspanie straciliśmy około 3 godzin przy Dortmundzie, wielokrotnie szukając parkingu i próbując zasnąć. Musiałem wypić energetyka, żeby jechać dalej, ale po wypiciu, gdy byłem makabrycznie zmęczony, nie mogłem zasnąć. Takie błędne koło... Od 5 do 8 byłem ledwie żywy i skłamałbym, gdybym powiedział, że nie bałem się prowadzić. Zwidy, spowolnione reakcje, brak drugiego kierowcy, który mógłby mnie zastąpić, chociaż na godzinę, bo moja żona ma prawo jazdy, ale po pierwsze była zmęczona tak samo jak ja lub nawet bardziej, po drugie ma dużo mniejsze doświadczenie w jeździe, gdyż prowadzi rzadko, co zamierzam obowiązkowo zmienić. Dobrze, że Kuba pięknie przespał prawie całą drogę... Do tego trafiliśmy na bardzo obfity deszcz przez prawie cały powrót, co spowalniało nas przeciętnie o 30 km/h względem trasy do Anglii, a to cholernie duża różnica. Dopiero kiedy wstało słońce i przestał padać deszcz, wstąpiła we mnie nowa energia i już naprawdę bez przeszkód dojechaliśmy do domu.





Chyba nie muszę tłumaczyć naszej radości, gdy po 21 godzinach podróży, zatrzymaliśmy się w końcu pod domem ;) UDAŁO NAM SIĘ! 


Na zakończenie... formalności do przewozu psa:
1. Pies obowiązkowo musi posiadać paszport (co wiąże się z wszczepieniem mikroczipa)
2. Obowiązkowe jest również ważne szczepienie przeciw wściekliźnie.
3. Dodatkową, obowiązkową formalnością jest kuracja przeciw tasiemcowi. Tabletka przeciwko tasiemcom powinna zostać podana w okresie od 24 do 120 godzin przed datą planowanego wjazdu Anglii. Podanie tabletki powinno zostać odnotowane w paszporcie zwierzaka (sekcja „profilaktyka przeciwko tasiemcowi”).

1 komentarz:

  1. Przydatny wpis. Kiedys mielismy w planach wybrac sie ta droga. Moze ponownie powroci ten zamysl ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy wszystkim za komentarze! Jest nam bardzo miło, że czytacie naszego bloga :)