Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty

To kolejny post z Londynu, który piszę typowo dla siebie... Chcę te wspomnienia mieć na swoim blogu, by móc kiedyś pokazać je Kubusiowi.

29 września 2018 roku wybraliśmy się kolejny raz do Londynu, by odwiedzić moich rodziców. Mój Tata akurat dzień wcześniej wyszedł ze szpitala, dlatego cieszyliśmy się, że będziemy mogli spędzić kilka dni razem. Z samego rana stawiliśmy się na wrocławskim lotnisku, skąd mieliśmy samolot do Luton. Kuba bardzo wszystko przeżywał, cieszył go widok samolotów i to, że zaraz będzie jednym z nich leciał.

Ten wpis piszę typowo dla siebie... jest dla mnie bardzo ważny i sentymentalny. Nie ma tu prawie wcale zwiedzania, za to jest sporo chwil spędzonych wspólnie z moimi rodzicami i Kubusiem w Anglii. 

Podczas naszego świątecznego pobytu w Londynie postanowiliśmy wybrać się do centrum. Akurat trafiliśmy na piękną pogodę, więc szkoda by było tego nie wykorzystać ;) Postawiliśmy przed sobą też jeszcze jedno, drobne wyzwanie... jechał z nami Rudi! Spakowaliśmy wszystkie potrzebne nam rzeczy, wzięliśmy woreczki dla Rudego i w drogę! Do centrum dojechaliśmy dwoma autobusami. W pierwszym, kierowca kazał pójść z psem na górę... po konsultacji z moim tatą, który jest kierowcą, wiemy, że nie na takiego wymogu i było to jego zwykłe widzimisię... 
Słynne na cały świat Stonehenge. Jedna z wizytówek Wielkiej Brytanii. Nawet Microsoft wykorzystuje zdjęcia tych kamiennych, intrygująco ułożonych w wielkie kręgi bloków na swoich tapetach. Jak więc będąc w Anglii i mając możliwość zobaczenia tego monumentu kultury i historii moglibyśmy mu się oprzeć, zwłaszcza mając pod ręką samochód? Już w dzieciństwie mając książkę o niesamowitych i niewyjaśnionych zagadkach ziemi figurowała tam pozycja właśnie z tym miejscem i od dawna była to dla mnie jedna z większych zagadek. Jak i dlaczego powstała? Nie było więc możliwości żebyśmy przepuścili okazję zobaczenia Stonehenge na własne oczy.


Pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia wybraliśmy się na spacer po okolicy. Strasznie żałowaliśmy, że pogoda niestety nie zrobiła nam niespodzianki i nie zaskoczyła nas pięknymi, śnieżnymi widokami. Dobrze, że nie padał deszcz ;) 


W pierwszym zarysie ten post miał być poradnikiem w całości. Nie czuję się jednak jakimś autorytetem, a mój staż za kierownicą to tylko parę lat, dlatego wolę zostawić pisanie poradników kierowcom, o stażu co najmniej kilkunastu lat aktywnej jazdy. Ja jedynie napiszę swoje spostrzeżenia i to jak cały wyjazd wyglądał z mojej perspektywy. 

Bardzo cieszyłem się na myśl o tym wyjeździe. To miał być dla mnie prawdziwy sprawdzian... Od dłuższego czasu wyszukiwałem przeróżne poradniki i opinie w internecie, na temat tak długiej podróży, jaką jest wyjazd do Anglii autem. Mój zachwyt brał się, jak przypuszczam, w większości z faktu, że nie do końca (mino wszystkiego co słyszałem i czytałem) zdawałem sobie sprawę, na co tak naprawdę się porywam. Oczywiście, wszystkie te zapewnienia w mojej głowie, że to nie jest proste, że będę bardzo zmęczony, że potrzebny będzie przynajmniej jeden postój na godzinny sen, że nie znam jeszcze granic swoich możliwości, że muszę pilnować, by nie stracić koncentracji, że wiozę najdroższe memu sercu osoby i nie mogę popełnić błędu itd... gadanie... (zaraz powiem o co mi chodzi, nie rzucajcie jeszcze mięsem ;) )
Jeżeli ktoś jeździ tak jak ja, czyli do pracy i z pracy, ewentualnie do sklepu, czy robi okazjonalnie trasy do 600 km lub 8 godzin, to od razu mówię, nie macie pojęcia na co się porywacie. I nie żeby to było niemożliwe do wykonania, co to to nie. Jak widać 1400 km jednorazowo bez spania jest możliwe do zrobienia, nawet dla takiego żółtodzioba jak ja. Ale po kolei.

Jako porę podróży wybraliśmy naturalne godziny snu naszego szkraba, co ze względów logistycznych i strategicznych było świetnym wyborem. Nie ma to jak jechać w spokoju, słuchając cicho radia, gdy pociecha śpi smacznie i nie marudzi. Ciągniesz się wtedy koło za kołem, od czasu do czasu wrzucając lewy kierunkowskaz, by wyprzedzić jakąś ciężarówkę lub innego leniwie sunącego użytkownika drogi. Jest ciemno, spokojnie, obserwujesz czerwone punkty przed sobą, czyli światła innych aut, łapie cię pozorne poczucie bezpieczeństwa, nastawiasz temperaturę w aucie na 20℃ i pomału zasypi... O cholera!!! I o wypadek nietrudno, zwłaszcza dla osób takich jak ja, czyli nocnych śpiochów, których ciężko obudzić nawet pracą młota udarowego. I o ile jadąc do Anglii czułem przez pewien czas adrenalinę związaną z wyjazdem i całą tą otoczką, o tyle to uczucie znika po jakiś 300 km. W tym czasie przyzwyczajasz się już do jazdy na tyle, że adrenalina przestaje być produkowana i zostaje już tylko kofeina zawarta w twojej zimnej kawie. Dlaczego zimnej? Bo okazuje się, że do promu masz mnóstwo czasu, bo prawie 13 godzin. Potem robisz pięciominutową przerwę na stacji, by zakupić ten oto napój bogów i okazuje się że GPS, który pokazywał że dojedziesz na miejsce za 12 godzin pokazuje nagle 13 godzin, a za 13,5 godziny zamykana jest odprawa na prom! Myślisz sobie, pff, nadrobię. Tylko okazuje się, że jedziesz już godzinę, a czas przyjazdu skrócił się o zaledwie 5 minut. Tak więc robisz co możesz, żeby nie zatrzymywać się już więcej, nie kupować kolejnej kawy, więc pozostaje dopić tą zimną, która jedzie dzielnie w uchwycie na kawę. Jakie to niesprawiedliwe. Ty tylko chciałeś napić się kawy, to było tylko 5 minut! W tym miejscu nauczyłem się pierwszej ważnej rzeczy o jeździe na tak długie dystanse.

ZASADA NUMER 1: KAŻDE 5 MINUT NA STACJI, TO CO NAJMNIEJ 30 MINUT OPÓŹNIENIA.

Wiem że powinienem to wiedzieć skoro jeżdżę od 5 lat, ale ta zasada nie działa na krótkie dystanse. 5 minut opóźnienia na trasie Wrocław-Zakopane to tylko 10 minut opóźnienia, góra 15.

Wracając do pory wyjazdu. Jeżeli nie jesteś nocnym markiem, a przesiadywanie do 5 rano nie jest twoją mocną stroną, to taka jazda może kosztować cię dwa termosy kawy, 4 energetyki i bardzo skorych do rozmowy i pobudzania umysłowego pasażerów, którzy będą całą noc gadać przerażeni tym, że jak zamilkną to zaśniesz. Swoją drogą, zastanów się kogo ze sobą zabierasz na 14 godzin do puszki zwanej autem. 
Według amerykańskich badań duża część związków zostaje zakończonych w trakcie takiej podróży ;D   
Gdybym miał wybierać dogodną porę dla mnie na jazdę, to wybrałbym godzinę 8 rano, po wcześniejszym wypiciu kawy, nie zaś 18 tak jak w naszym przypadku. Muszę przyznać, że pierwszy kryzys pt. "CHCĘ MI SIĘ SPAĆ!!!" złapałem koło 22, następny około 24, a kolejny o 3 i 6, choć puszka energetyka i kanapka pomogły, to tylko na pewien czas. Nie lubię jeść w podróży, ale:

ZASADA NUMER 2: JEDZENIE TO TWÓJ PRZYJACIEL, KAWA I ENERGETYK TO KOCHANKA.

Bez sytych posiłków nie dałbym rady. Organizm zużywa masę energii skupiając się na prowadzeniu. Uzupełnianie jej to podstawa. A co do kawy... myślałem, że będzie działać lepiej, a robiła robotę tylko w parze z energetykiem. 

Co do samej jazdy, to była przyjemna. W Polsce... wiadomo jak to wyglądało. Niemcy to trochę inna bajka, choć w sumie podobna. Gdyby nie niemieckie autostrady i brak ograniczenia prędkości na pewnych odcinkach, z pewnością nie zdążylibyśmy na prom. 160 na liczniku przez ponad 300 km było nieocenione, a spalanie jeszcze na przyzwoitym poziomie. Na całej trasie musieliśmy tankować 1,5 raza. Wyjeżdżając z Wrocławia z pełnym bakiem zrobiliśmy jednen błąd, bo dojeżdżając do granicy z Niemcami niepotrzebnie dotankowaliśmy auto po (nie zdając sobie z tego sprawy) zawyżonej cenie. Śmiało mogliśmy skończyć tylko na 1 tankowaniu w północno-zachodnich Niemczech, przy granicy z Holandią.

ZASADA NUMER 3: ZAPLANUJ TANKOWANIE I SPRAWDŹ CENY!

Jazda przez Niemcy poszła gładko. Dla niedoinformowanych (tak jak my). W Niemczech, toalety ciepłe i przeważnie czyste = stacja benzynowa lub przydrożny bar w tym fast foody = 50-60 euro centów. Warto wziąć ze sobą trochę drobnych, chyba że wybieracie opcję numer dwa, czyli zimne, często bez papieru (zwłaszcza w nocy), z zimną wodą i trochę straszne, ALE DARMOWE, toalety na parkingach ulokowanych wzdłuż autostrad, choć nocą i przy obecnej sytuacji migracyjnej trochę strach było nam się tam zatrzymywać, więc korzystaliśmy z opcji płatnej. 
Co do jazdy po Holandii i Belgii... spodziewaliśmy się lepszych dróg. W pewnym momencie, o ile dobrze pamiętam, po wjeździe do Belgii, autostrada przez około 50 km miała tragiczną nawierzchnię, a gumy strasznie hałasowały. W tych krajach, z tego co widzieliśmy, toalety tylko na stacjach, płatne. 
Francja też przebiegła bezproblemowo, jeśli nie liczyć niesłychanej senności 30 km przed Dunkierką, z której mieliśmy prom. Wybraliśmy przewoźnika DFDS Seaways, który oferował najkorzystniejsze dla nas ceny.
Nasza trasa do tego momentu:




Zaledwie dwa dni po powrocie do Polski z Londynu, znów pojawiliśmy się na wrocławskim lotnisku. Tym razem również kierunkiem był Londyn, jednak wracałam w innym składzie. Michał musiał wrócić już do pracy, więc ja i Kubuś lecieliśmy z moją rodziną ;) Kuba był ze wszystkim zapoznany, jak na prawdziwego podróżnika przystało, więc zachowywał się bardzo grzecznie. Ja tym razem byłam jeszcze lepiej przygotowana niż ostatnim razem, bo wiedziałam już jak mogę przewozić jedzenie dla młodego oraz odkrywałam uroki nosidła dla dzieci :) Coraz lepiej i sprawniej wychodziła mi organizacja podróży z dzieckiem. Całe szczęście samolot nie był tym razem opóźniony, więc planowo weszliśmy na pokład i wzbiliśmy się w górę. To był 5 lot naszego małego podróżnika!
Dodam tylko, że WizzAir zapewnia pierwszeństwo wejścia na pokład grupie z jednej rezerwacji, w której podróżuje dziecko. Bilet, nawet dla tak małego dziecka, kosztuje w tych liniach dokładnie tyle samo, co bilet dorosłej osoby.
Kolejną podróż do Londynu planowaliśmy już od dawna. Dla mnie to był powrót po 5 miesiącach, natomiast dla Michała po troszkę ponad roku ;) Tym razem lecieli z nami moi dziadkowie, ale nie tylko dlatego ta podróż była inna od pozostałych. Różniła się też tym, że leciałam już z widocznym brzuszkiem ciążowym ;) Oczywiście byłam po konsultacji ze swoim lekarzem i miałam podpisany "Formularz Zaświadczający o Zdolności do Podróżowania w Ciąży" w dwóch językach, że nie ma żadnych przeciwwskazań do lotu samolotem, które Ryanair wymaga od kobiet powyżej 28 tygodnia ciąży.  Był to mój 27 tydzień ciąży, lecz wolałam mieć już ze sobą takie zaświadczenie, żebym przypadkiem nie została na lotnisku ;)
6 stycznia 2017 r. stawiliśmy się z samego rana na wrocławskim lotnisku. Tym razem nie miał nas kto zawieźć, a nie bardzo uśmiechała nam się poranna podróż autobusem, tym bardziej, że naszym zdaniem dojazd na lotnisko jest dość kiepski, a na dworze było potwornie zimno. Wykupiliśmy więc miejsce na lotniskowym parkingu za 44 zł i tam zaparkowaliśmy Zafirkę. 
Do odprawy mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc wszystko mogliśmy zrobić na spokojnie. Moja babcia leciała już kiedyś ze mną do Londynu, natomiast dla dziadka miał to być jego pierwszy w życiu lot samolotem. Wszystko musieliśmy mu wytłumaczyć, jak również pomóc przy odprawie. Oczywiście zaliczałam każdą toaletę po drodze ;) Dość szybko weszliśmy na pokład samolotu, niestety nie siedzieliśmy razem z moimi dziadkami, bo ich rezerwację zrobiłam w innym czasie i na dodatek z innego konta, a zdaliśmy się na losowy wybór miejsc. Choć i tak siedzieliśmy w miarę blisko ;) Dla mnie bardzo ważne było to, żeby moje miejsce znajdowało się od przejścia, bo wiedziałam, że dość często będę odwiedzać toaletę... cóż, taki ciążowy przymus ;) Trochę stresował mnie start, w końcu nie wiedziałam jak odczuje to mały mieszkaniec mojego brzucha, który tego dnia był wyjątkowo spokojny... podczas startu poczułam pierwsze tego dnia kopnięcia, które towarzyszyły mi cały lot, co mnie uspokajało ;)
Lot minął szybko i choć w planach miałam naukę na Rynki Finansowe, z których kolokwium miałam mieć tydzień później, to jakoś nie miałam do tego głowy ;) Michał za to na spokojnie czytał książkę, a dziadek z babcią non stop wpatrywali się w małe okienko samolotu. Londyn przywitał nas chmurami, lecz temperatura była znacznie przyjemniejsza niż we Wrocławiu.



Podczas mojego sierpniowego wyjazdu do Londynu, gdy wraz z kuzynkami odwiedziłam moich rodziców, dość intensywnie zwiedzaliśmy centrum i atrakcje stolicy. Lecz jeden dzień mieliśmy spędzić nad angielskim morzem :) Nasz wybór padł na miasto, które może poszczycić się dość długą, piaszczystą plażą. MegaBus oferował dość tanie bilety, lecz jak się okazało, były to bilety na pociąg! Stawiliśmy się więc z rana na London Waterloo Station, skąd ruszyliśmy prosto do Weymouth. Pierwszy raz miałam okazję podróżować angielską koleją i muszę przyznać, że wrażenia były bardzo pozytywne, a te widoki z okna... zupełnie inna Anglia, w porównaniu do tej, którą znam ze stolicy. 

Od Świąt Bożego Narodzenia minęło już trochę czasu, ale z pewnością zostaną one w naszej pamięci na długo. Pierwszy raz spędziliśmy święta poza naszym Wrocławiem, wsiedliśmy w samolot i ruszyliśmy do jedynego miasta, w którym czujemy się jak w domu... do Londynu!

Nasz wspólny pobyt w Londynie powoli dobiegał końca, więc żeby nie siedzieć bezczynnie w domu, postanowiliśmy odwiedzić muzeum, które bardzo nas zaciekawiło - Muzeum Londyńskiego Transportu :) Zaplanowaliśmy więc trasę i ruszyliśmy w drogę! Muzeum niestety jest płatne, ale jako studenci dostaliśmy zniżkę ;)
Kolejny dzień zwiedzania Londynu postanowiliśmy spędzić w miejscach cichych i spokojnych, choć zahaczyliśmy również o centrum... Chcieliśmy również poznać i na własnej skórze odczuć klimat starego angielskiego cmentarza. W internecie wyszukaliśmy dwa, ciekawe dla nas miejsca i po zaplanowaniu trasy ruszyliśmy w dość długą drogę ;)


Dość długo przeglądaliśmy różnego rodzaju strony internetowe, by znaleźć kolejne ciekawe miejsce w Londynie... Był bardzo upalny dzień, więc nie chcieliśmy oddalać się za bardzo od domu, bo wykupiliśmy sobie bilet jedynie na autobusy. I nagle trafiliśmy na przepiękną hinduską świątynie, dosłownie pół godziny drogi od nas! Zabraliśmy więc wszystkie potrzebne nam rzeczy (aparaty, Oysterki), zaplanowaliśmy trasę i ruszyliśmy w drogę!


BAPS Shri Swaminarayan Mandir w Londynie – mandir (świątynia hinduska) w dzielnicy Neasden (która stanowi część londyńskiej gminy Brent) w północno-zachodnim Londynie, niedaleko nowo wybudowanego narodowego stadionu Wembley. Jest to pierwsza tradycyjna świątynia hinduistyczna w Europie w przeciwieństwie do świątyń, które powstały w budynkach przekształconych na ten cel. Opłacona przez hindusów z nurtu Akszar Puruszottam Swaminarajan Sanstha, pochodzącego z tradycji Swaminarayan założonej przez Bhagawana Swaminarajan, zbudowana została w ciągu 5 lat. Uroczyste otwarcie miało miejsce 20 sierpnia 1995. Ówcześnie był to największy hinduistyczny mandir w Europie.


26 czerwca 2015 r. wyruszyliśmy w naszą kolejną podróż Ryanairem do Londynu. Tym razem wylądowaliśmy na lotnisku Stansted. Od początku postanowiliśmy, że wszystkie miejsca "must-see" będziemy odwiedzać tylko przy okazji, będąc w drodze do tych mniej znanych... Bo podczas tego dość długiego pobytu w Londynie chcemy odkryć miejsca mniej znane zwykłym turystom. Nie mogliśmy doczekać się tej przygody! :) Tym razem spędzimy tu dość sporo czasu, dlatego też nie będziemy opisywać każdego dnia, bo czasami nie będziemy się nigdzie ruszać ;)




Ten dzień zaczął się dla nas dość wcześnie, bo o godzinie 3 rano... Dokończyliśmy się pakować, sprawdziliśmy, czy aby na pewno wszystko mamy i z wielkim żalem ruszyliśmy na przystanek autobusowy. Przy okazji mieliśmy możliwość podziwiania nocnego Londynu.  Tak jak w styczniu, dojechaliśmy do Marble Arch i tam czekaliśmy na naszego EasyBusa. Niestety nie udało nam się wsiąść do wcześniejszego, bo mieli komplet miejsc. Było strasznie zimno, jednak czas szybko minął i już po chwili siedzieliśmy w naszym autokarze, który odjeżdżał o godzinie 5:28. Tak bardzo nie chcieliśmy wracać... 
Trzeciego dnia naszego rodzinnego pobytu w Londynie postanowiliśmy, że podobnie jak w styczniu, wybierzemy się na przeprawę kolejką nad Tamizą. Nie ociągając się długo, ruszyliśmy w drogę! :)

Wsiedliśmy w metro na stacji Willesden Green – naziemna stacja metra w Londynie, położona w dzielnicy Brent. Została otwarta w 1879 jako część Metropolitan Line, której pociągi zatrzymywały się na niej do 1940 (obecnie przejeżdżają bez zatrzymania). W latach 1939-1979 leżała na trasie Bakerloo Line, a następnie została włączona do Jubilee Line. Stacja pełni rolę północnego krańca dla wielu pociągów tej linii, zwłaszcza w godzinach szczytu. Rocznie korzysta z niej ok. 8,5 mln pasażerów. Leży na granicy drugiej i trzeciej strefy biletowej. Ta stacja jest już przez nas traktowana jako "nasza stacja" ;)


Drugiego dnia naszego pobytu w Londynie wstaliśmy około godziny 8. Zjedliśmy śniadanie i  w drogę! Tego dnia postanowiliśmy, że będziemy poruszać się w większości tylko autobusami, by móc popodziwiać miasto. Udało nam się usadowić u góry na samym przodzie ;) Nasza podróż trwała około 40 minut, więc mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by próbować odgadnąć w którą stronę skręci kierowca naszego autobusu i by zachwycać się widokami.



16 kwietnia 2015 r., czyli w 20 urodziny Michała, wybraliśmy się po raz kolejny do Londynu... Tym razem był to bardziej rodzinny wyjazd, bo oprócz nas pojechali również Michała rodzice i Marty Mama, a Tata Marty czekał już na naszą paczkę na miejscu :)
Nasz ostatni dzień w Londynie to głównie droga do EasyBusa, a tym już prosto na lotnisko. Był to dzień smutny, czas pożegnać Londyn i Marty Tatę... Tak naprawdę to wcale nie chciało nam się wracać, pogoda w Londynie była wręcz idealna na spacer. Z domu wyszliśmy dość wcześnie i gdy dojechaliśmy na Marble Arch, to do odjazdu autokarem mieliśmy jeszcze dużo czasu. Tacie Marty udało się dogadać z kierowcą i wziął nas wcześniejszym autokarem. 

Odlot mieliśmy dopiero o godzinie 13:30, więc czekało nas parę godziny na lotnisku. Jeszcze przed odprawą usiedliśmy i zjedliśmy kanapki ;)

Port lotniczy Londyn-Luton (ang.: London Luton Airport) – międzynarodowe lotnisko położone koło Luton, 50 km na północ od centrum Londynu. Jest czwartym (pod względem liczby przewiezionych pasażerów) portem lotniczym obsługującym aglomerację londyńską.



Kolejny dzień również zaczęliśmy od przepysznego English Breakfast w wykonaniu Marty Taty. To danie chyba nigdy nam się nie znudzi :) Do końca nie wiedzieliśmy, co chcemy dzisiaj robić. Na pewno chcieliśmy pojechać w tereny Londyńskiej Tower... ale co dalej? Zostaliśmy zachęceni przez Pana Krzyśka i Panią Ewę do przejazdu kolejką linową nad Tamizą. Wcześniej rozważaliśmy tę opcję, lecz po ich namowach, stwierdziliśmy, że czemu nie ;)