Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakochani w podróży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakochani w podróży. Pokaż wszystkie posty
W pierwszym zarysie ten post miał być poradnikiem w całości. Nie czuję się jednak jakimś autorytetem, a mój staż za kierownicą to tylko parę lat, dlatego wolę zostawić pisanie poradników kierowcom, o stażu co najmniej kilkunastu lat aktywnej jazdy. Ja jedynie napiszę swoje spostrzeżenia i to jak cały wyjazd wyglądał z mojej perspektywy.
Bardzo cieszyłem się na myśl o tym wyjeździe. To miał być dla mnie prawdziwy sprawdzian... Od dłuższego czasu wyszukiwałem przeróżne poradniki i opinie w internecie, na temat tak długiej podróży, jaką jest wyjazd do Anglii autem. Mój zachwyt brał się, jak przypuszczam, w większości z faktu, że nie do końca (mino wszystkiego co słyszałem i czytałem) zdawałem sobie sprawę, na co tak naprawdę się porywam. Oczywiście, wszystkie te zapewnienia w mojej głowie, że to nie jest proste, że będę bardzo zmęczony, że potrzebny będzie przynajmniej jeden postój na godzinny sen, że nie znam jeszcze granic swoich możliwości, że muszę pilnować, by nie stracić koncentracji, że wiozę najdroższe memu sercu osoby i nie mogę popełnić błędu itd... gadanie... (zaraz powiem o co mi chodzi, nie rzucajcie jeszcze mięsem ;) )
Jeżeli ktoś jeździ tak jak ja, czyli do pracy i z pracy, ewentualnie do sklepu, czy robi okazjonalnie trasy do 600 km lub 8 godzin, to od razu mówię, nie macie pojęcia na co się porywacie. I nie żeby to było niemożliwe do wykonania, co to to nie. Jak widać 1400 km jednorazowo bez spania jest możliwe do zrobienia, nawet dla takiego żółtodzioba jak ja. Ale po kolei.
Jako porę podróży wybraliśmy naturalne godziny snu naszego szkraba, co ze względów logistycznych i strategicznych było świetnym wyborem. Nie ma to jak jechać w spokoju, słuchając cicho radia, gdy pociecha śpi smacznie i nie marudzi. Ciągniesz się wtedy koło za kołem, od czasu do czasu wrzucając lewy kierunkowskaz, by wyprzedzić jakąś ciężarówkę lub innego leniwie sunącego użytkownika drogi. Jest ciemno, spokojnie, obserwujesz czerwone punkty przed sobą, czyli światła innych aut, łapie cię pozorne poczucie bezpieczeństwa, nastawiasz temperaturę w aucie na 20℃ i pomału zasypi... O cholera!!! I o wypadek nietrudno, zwłaszcza dla osób takich jak ja, czyli nocnych śpiochów, których ciężko obudzić nawet pracą młota udarowego. I o ile jadąc do Anglii czułem przez pewien czas adrenalinę związaną z wyjazdem i całą tą otoczką, o tyle to uczucie znika po jakiś 300 km. W tym czasie przyzwyczajasz się już do jazdy na tyle, że adrenalina przestaje być produkowana i zostaje już tylko kofeina zawarta w twojej zimnej kawie. Dlaczego zimnej? Bo okazuje się, że do promu masz mnóstwo czasu, bo prawie 13 godzin. Potem robisz pięciominutową przerwę na stacji, by zakupić ten oto napój bogów i okazuje się że GPS, który pokazywał że dojedziesz na miejsce za 12 godzin pokazuje nagle 13 godzin, a za 13,5 godziny zamykana jest odprawa na prom! Myślisz sobie, pff, nadrobię. Tylko okazuje się, że jedziesz już godzinę, a czas przyjazdu skrócił się o zaledwie 5 minut. Tak więc robisz co możesz, żeby nie zatrzymywać się już więcej, nie kupować kolejnej kawy, więc pozostaje dopić tą zimną, która jedzie dzielnie w uchwycie na kawę. Jakie to niesprawiedliwe. Ty tylko chciałeś napić się kawy, to było tylko 5 minut! W tym miejscu nauczyłem się pierwszej ważnej rzeczy o jeździe na tak długie dystanse.
ZASADA NUMER 1: KAŻDE 5 MINUT NA STACJI, TO CO NAJMNIEJ 30 MINUT OPÓŹNIENIA.
Wiem że powinienem to wiedzieć skoro jeżdżę od 5 lat, ale ta zasada nie działa na krótkie dystanse. 5 minut opóźnienia na trasie Wrocław-Zakopane to tylko 10 minut opóźnienia, góra 15.
Wracając do pory wyjazdu. Jeżeli nie jesteś nocnym markiem, a przesiadywanie do 5 rano nie jest twoją mocną stroną, to taka jazda może kosztować cię dwa termosy kawy, 4 energetyki i bardzo skorych do rozmowy i pobudzania umysłowego pasażerów, którzy będą całą noc gadać przerażeni tym, że jak zamilkną to zaśniesz. Swoją drogą, zastanów się kogo ze sobą zabierasz na 14 godzin do puszki zwanej autem.
Według amerykańskich badań duża część związków zostaje zakończonych w trakcie takiej podróży ;D
Gdybym miał wybierać dogodną porę dla mnie na jazdę, to wybrałbym godzinę 8 rano, po wcześniejszym wypiciu kawy, nie zaś 18 tak jak w naszym przypadku. Muszę przyznać, że pierwszy kryzys pt. "CHCĘ MI SIĘ SPAĆ!!!" złapałem koło 22, następny około 24, a kolejny o 3 i 6, choć puszka energetyka i kanapka pomogły, to tylko na pewien czas. Nie lubię jeść w podróży, ale:
ZASADA NUMER 2: JEDZENIE TO TWÓJ PRZYJACIEL, KAWA I ENERGETYK TO KOCHANKA.
Bez sytych posiłków nie dałbym rady. Organizm zużywa masę energii skupiając się na prowadzeniu. Uzupełnianie jej to podstawa. A co do kawy... myślałem, że będzie działać lepiej, a robiła robotę tylko w parze z energetykiem.
Co do samej jazdy, to była przyjemna. W Polsce... wiadomo jak to wyglądało. Niemcy to trochę inna bajka, choć w sumie podobna. Gdyby nie niemieckie autostrady i brak ograniczenia prędkości na pewnych odcinkach, z pewnością nie zdążylibyśmy na prom. 160 na liczniku przez ponad 300 km było nieocenione, a spalanie jeszcze na przyzwoitym poziomie. Na całej trasie musieliśmy tankować 1,5 raza. Wyjeżdżając z Wrocławia z pełnym bakiem zrobiliśmy jednen błąd, bo dojeżdżając do granicy z Niemcami niepotrzebnie dotankowaliśmy auto po (nie zdając sobie z tego sprawy) zawyżonej cenie. Śmiało mogliśmy skończyć tylko na 1 tankowaniu w północno-zachodnich Niemczech, przy granicy z Holandią.
ZASADA NUMER 3: ZAPLANUJ TANKOWANIE I SPRAWDŹ CENY!
Jazda przez Niemcy poszła gładko. Dla niedoinformowanych (tak jak my). W Niemczech, toalety ciepłe i przeważnie czyste = stacja benzynowa lub przydrożny bar w tym fast foody = 50-60 euro centów. Warto wziąć ze sobą trochę drobnych, chyba że wybieracie opcję numer dwa, czyli zimne, często bez papieru (zwłaszcza w nocy), z zimną wodą i trochę straszne, ALE DARMOWE, toalety na parkingach ulokowanych wzdłuż autostrad, choć nocą i przy obecnej sytuacji migracyjnej trochę strach było nam się tam zatrzymywać, więc korzystaliśmy z opcji płatnej.
Co do jazdy po Holandii i Belgii... spodziewaliśmy się lepszych dróg. W pewnym momencie, o ile dobrze pamiętam, po wjeździe do Belgii, autostrada przez około 50 km miała tragiczną nawierzchnię, a gumy strasznie hałasowały. W tych krajach, z tego co widzieliśmy, toalety tylko na stacjach, płatne.
Francja też przebiegła bezproblemowo, jeśli nie liczyć niesłychanej senności 30 km przed Dunkierką, z której mieliśmy prom. Wybraliśmy przewoźnika DFDS Seaways, który oferował najkorzystniejsze dla nas ceny.
Nasza trasa do tego momentu:

W zeszłym roku, korzystając z pięknej, październikowej pogody, wybraliśmy się do Zamku Topacz, który znajduje się zaledwie kilka kilometrów od naszego domu. Choć przebicie się przez miasto trochę trwało, wiecie... korki ;) Nie oczekiwaliśmy od tego miejsca zbyt wiele, aktualnie jest to hotel, więc nie zamierzaliśmy zwiedzać środka.
Dodam tylko, że WizzAir zapewnia pierwszeństwo wejścia na pokład grupie z jednej rezerwacji, w której podróżuje dziecko. Bilet, nawet dla tak małego dziecka, kosztuje w tych liniach dokładnie tyle samo, co bilet dorosłej osoby.
23 września 2017 roku to data, której wyczekiwaliśmy z niecierpliwością... pierwszy lot samolotem Kuba miał już za sobą przy okazji podróży do Warszawy, lecz tym razem czekał go pierwszy lot za granicę, do Anglii :)
Rok 2017 minął nam w tak ekspresowym tempie... był to rok pełen niezwykłych emocji i wrażeń. Podróże ograniczyły się co prawda do kilku wycieczek po Polsce i czterech wyjazdów do Londynu, w tym jeden wyjazd samochodem przez Niemcy, Holandię, Belgię i Francję by ostatecznie spędzić święta Bożego Narodzenia wraz z rodziną oraz psem w Anglii i wrócić do domu 31 grudnia :) Było 8 lotów samolotem, sporo przejechanych kilometrów, kilka naprawdę pięknych miejsc i dużo gigabajtów niezwykłych wspomnień na karcie aparatu...
Jednak najważniejszym wydarzeniem tego roku były narodziny naszego synka Kubusia. Było to dnia 27 marca... nasz ułożony świat wywrócił się wtedy do góry nogami, a czas zaczął pędzić w mega szybkim tempie. Przekonaliśmy się, że bycie rodzicami jest ciężkie, czasem wręcz wyczerpujące, lecz daje niesamowitą siłę, motywację i radość :) Od 9 miesięcy patrzymy jak ten mały człowiek rośnie, towarzyszymy mu na każdym kroku i widzimy jak duże postępy już zrobił. Od początku próbujemy zaszczepić w nim pasję podróżnika i mamy nadzieję, że kiedyś sam z zaciekawieniem będzie spoglądał na mapę ;)
Planów i zajęć mamy mnóstwo, co w tym roku odbiło się na naszych podróżach... Świadomie odsunęliśmy je na dalszy plan, by w przyszłości móc pokazać świat naszemu synkowi. Bo z podróży nie zamierzamy rezygnować ;) Już snujemy plany na przyszły rok, a w maju mamy zaklepany wyjazd do Chorwacji ;) Nie jest łatwo pogodzić podróże z byciem rodzicami, a zarazem studentami trzeciego roku. Mamy małe zaległości w opisywaniu naszych wspomnień z podróży na blogu, za jakiś czas z pewnością się zmotywuję, lecz na razie priorytetem jest moja praca licencjacka...
Muszę przyznać, że jesteśmy naprawdę gigantycznymi szczęściarzami i mamy naprawdę świetne życie! Pomimo młodego wieku, uważamy się za osoby bardzo odpowiedzialne... mamy 22 lata, wspólnie realizujemy nasze plany i marzenia, tworzymy zgraną rodzinę i razem planujemy podbijać świat ;) Po prostu jesteśmy szczęśliwi, czy można chcieć czegoś więcej?
I tego samego życzymy wam! Niech nadchodzący 2018 rok będzie jeszcze lepszy i da wam dużo radości. Spełniajcie swoje marzenia, realizujcie plany, zawsze uparcie dążcie do celu! Życzymy wam dużo szalonych podróży, tanich biletów, samych pięknych kadrów i niesamowitych przeżyć. Po prostu SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! :)
STYCZEŃ - Londyn
MAJ - Ślęża
CZERWIEC - Zamek Książ
SIERPIEŃ - Dolina Baryczy
WRZESIEŃ - Warszawa, Londyn i jeszcze raz Londyn
PAŹDZIERNIK - Zamek Topacz
GRUDZIEŃ - Londyn, Stonehenge
Posty z września, października i grudnia w najbliższym czasie zapewne pojawią się na blogu ;) W planach mamy również opisanie naszej podróży samochodem do Wielkiej Brytanii oraz formalności przy przewozie psa, lecz na razie kończymy rok z tym co jest już na blogu ;)
Kolejna
pinezka na mapie Kubusia została postawiona w Zieleńcu ;) Dostaliśmy od
znajomych propozycję wybrania się na zlot motocyklowy, więc po krótkich
namysłach, zaczęliśmy planować trasę ;) Choć pogoda początkowo nam nie
sprzyjała to w wyśmienitych humorach ruszyliśmy na zlot :) W drogę z
nami ruszył mój przyjaciel Łukasz oraz Kacper, z tym że z tym drugim
spotkaliśmy się dopiero w połowie trasy, gdyż to jedyny motocyklista z
naszej gromadki. Choć nie ukrywam, że w przyszłości ja również planuję
zakup jednośladu, stąd też tak wielkie zainteresowanie moto zlotem z
mojej strony ;) W Zieleńcu czekali już na nas kolejni nasi znajomi,
inicjatorzy pomysłu wybrania się na zlot, czyli Michał i Sandra.
Ruszyliśmy na teren zlotu i tu spotkała nas pierwsza niespodzianka...
Ale najpierw coś o Zieleńcu ;)
Zieleniec
jest popularnym ośrodkiem narciarskim, na jego terenie działa blisko 30
wyciągów narciarskich. Latem jest dobrą bazą wypadową w Góry Orlickie i
pobliskie Góry Bystrzyckie. Znajduje się tu schronisko PTTK „Orlica”
oraz schronisko PTSM. W Zieleńcu panuje specyficzny mikroklimat (jedyny
taki w Polsce) – zbliżony do alpejskiego.
Opactwo cystersów w Lubiążu to jeden z największych zabytków tej klasy w Europie, będący jednocześnie największym opactwem cysterskim na świecie. Opactwo to nazywane jest arcydziełem śląskiego baroku. Na otoczone murem wzgórze klasztorne prowadzi od północy droga przechodząca przez kamienny most przerzucony nad fosą, założoną ok. 1509 roku. Jego obecny wygląd pochodzi z roku 1710, kiedy to został rozbudowany. Na uwagę zasługuje szczególnie elewacja północna z bogato udekorowanym szczytem, na którym we wnękach znajdują się figury założycieli zakonu cysterskiego, św. Benedykta i św. Bernarda.
Kupiliśmy bilety, niestety nie można zwiedzać obiektu bez przewodnika, więc w grupie ruszyliśmy na zwiedzanie obiektu. Kubuś chyba był znudzony opowieściami o historii opactwa i zasnął mi na rękach, a lekki to on nie jest ;)
Najbardziej przypadła nam do gustu sala książęca, której wysokość zajmuje drugą i trzecią kondygnację, a wejście prowadzi z korytarza na pierwszym piętrze przez portal z postaciami Murzyna i Indianina. Jest naprawdę piękna!
Po zwiedzaniu porobiliśmy jeszcze kilka zdjęć na zewnątrz i pomału zbieraliśmy się do drogi powrotnej. Kubuś dalej nie zamierzał się budzić, tak fajnie mu się spało ;)
Na naszej mapie pojawiła się kolejna pinezka, wycieczka była naprawdę udana i bardzo miło spędziliśmy czas ;)
Fot. Sandra Szczygieł, Marta i Michał Czerniawscy
Gdy 27 marca 2017 roku na świat przyszedł nasz przyszły mały podróżnik, od razu zaczęliśmy planować krótkie wycieczki, na które wybierzemy się z nim w tym roku. Na pierwszy wyjazd Kubusia, który był jednocześnie jego podróżniczym chrztem, wybraliśmy górę Ślężę :) Po dokładnym upewnieniu się, że na pewno da się tam wjechać wózkiem, spakowaliśmy wszystkie rzeczy potrzebne w podróży z takim maleństwem i ruszyliśmy w drogę. Rudi też już nie mógł się doczekać ;)
Kolejną podróż do Londynu planowaliśmy już od dawna. Dla mnie to był powrót po 5 miesiącach, natomiast dla Michała po troszkę ponad roku ;) Tym razem lecieli z nami moi dziadkowie, ale nie tylko dlatego ta podróż była inna od pozostałych. Różniła się też tym, że leciałam już z widocznym brzuszkiem ciążowym ;) Oczywiście byłam po konsultacji ze swoim lekarzem i miałam podpisany "Formularz Zaświadczający o Zdolności do Podróżowania w Ciąży" w dwóch językach, że nie ma żadnych przeciwwskazań do lotu samolotem, które Ryanair wymaga od kobiet powyżej 28 tygodnia ciąży. Był to mój 27 tydzień ciąży, lecz wolałam mieć już ze sobą takie zaświadczenie, żebym przypadkiem nie została na lotnisku ;)
6 stycznia 2017 r. stawiliśmy się z samego rana na wrocławskim lotnisku. Tym razem nie miał nas kto zawieźć, a nie bardzo uśmiechała nam się poranna podróż autobusem, tym bardziej, że naszym zdaniem dojazd na lotnisko jest dość kiepski, a na dworze było potwornie zimno. Wykupiliśmy więc miejsce na lotniskowym parkingu za 44 zł i tam zaparkowaliśmy Zafirkę.
Do odprawy mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc wszystko mogliśmy zrobić na spokojnie. Moja babcia leciała już kiedyś ze mną do Londynu, natomiast dla dziadka miał to być jego pierwszy w życiu lot samolotem. Wszystko musieliśmy mu wytłumaczyć, jak również pomóc przy odprawie. Oczywiście zaliczałam każdą toaletę po drodze ;) Dość szybko weszliśmy na pokład samolotu, niestety nie siedzieliśmy razem z moimi dziadkami, bo ich rezerwację zrobiłam w innym czasie i na dodatek z innego konta, a zdaliśmy się na losowy wybór miejsc. Choć i tak siedzieliśmy w miarę blisko ;) Dla mnie bardzo ważne było to, żeby moje miejsce znajdowało się od przejścia, bo wiedziałam, że dość często będę odwiedzać toaletę... cóż, taki ciążowy przymus ;) Trochę stresował mnie start, w końcu nie wiedziałam jak odczuje to mały mieszkaniec mojego brzucha, który tego dnia był wyjątkowo spokojny... podczas startu poczułam pierwsze tego dnia kopnięcia, które towarzyszyły mi cały lot, co mnie uspokajało ;)
Lot minął szybko i choć w planach miałam naukę na Rynki Finansowe, z których kolokwium miałam mieć tydzień później, to jakoś nie miałam do tego głowy ;) Michał za to na spokojnie czytał książkę, a dziadek z babcią non stop wpatrywali się w małe okienko samolotu. Londyn przywitał nas chmurami, lecz temperatura była znacznie przyjemniejsza niż we Wrocławiu.
Kolejny rok dobiega końca i muszę przyznać, że był to pełen wydarzeń, emocji i niezwykłych chwil rok :) Pełną parą ruszyły przygotowania do naszego ślubu, który odbył się 25 czerwca w Zamku Kliczków. Był to naprawdę wspaniały dla nas dzień, choć trzeba przyznać, że niezwykle stresujący ;) Lecz po ponad 6 latach naszego wspólnego patrzenia na świat, formalnie, przed naszymi bliskimi przysięgliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość oraz to, że już do końca będziemy razem w tych dobrych jak i złych chwilach. Co do gorszych chwil... we wrześniu niespodziewanie odeszła moja babcia, którą mogliście poznać, przeglądając jeden z moich wpisów z wyjazdu do Londynu. Było to dla nas bardzo niespodziewane i przykre, lecz pocieszająca była myśl, że towarzyszyła nam w dniu naszego ślubu i cieszyła się nim razem z nami. Natomiast w marcu pożegnaliśmy naszego małego przyjaciela, którego pewnie wielu z Was kojarzy, był nim nasz mały podróżnik Mordek. Po długiej i męczącej walce, niestety musieliśmy się poddać, bo jego dobro było dla nas ważniejsze, a widzieliśmy, że cierpi... Chcąc zapełnić pustkę w sercach, jak i w naszym mieszkaniu, wybraliśmy się do Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt we Wrocławiu. To było dla nas bardzo ciężkie przeżycie, bo najchętniej przygarnęlibyśmy wszystkie te zwierzaki... musieliśmy jednak ograniczyć się do jednego ;) I takim oto sposobem zyskaliśmy nowego przyjaciela i towarzysza podróży - Rudiego! Natomiast w sierpniu zobaczyliśmy wymarzone dwie kreski na teście ciążowym i od tamtej pory przygotowujemy się do roli rodziców, a chcemy wychować dobrego człowieka z pasją podróżnika ;) Trzymajcie kciuki, żeby nam się udało!
Ten rok był stanowczo spokojniejszy jeśli chodzi o nasze podróżnicze podboje, w końcu nic nie pobije naszych wyjazdów na Bolka ;) Pomimo braku czasu staraliśmy się planować wyjazdy i podbijać nowe miejsca... naszym zdaniem, z dość dobrym skutkiem ;) Najbardziej wyczekiwaną przez nas podróżą, była nasza podróż poślubna. Pierwszy raz spędziliśmy tyle czasu na pokładzie samolotu! Przeżyliśmy cudowne chwile na Wyspach Kanaryjskich, gdzie mogliśmy trochę odpocząć i zobaczyć coś nowego. Tych wulkanicznych widoków po prostu nie da się zapomnieć ;) Patrząc na naszą zapełniającą się pinezkami mapę, rozpiera nas duma. Pomimo naszego młodego wieku tyle już w życiu widzieliśmy, tyle doświadczyliśmy :)
Już od 7 lat wspólnie realizujemy nasze marzenia i pasje. Standardowo muszę przyznać, że jesteśmy prawdziwymi szczęściarzami! Mamy wspaniałą rodzinę, która pomaga nam w realizowaniu naszych nierzadko szalonych pomysłów i wspiera nas w podejmowanych przez nas decyzjach... Z tego miejsca chcielibyśmy podziękować każdemu, kto jest nam bliski... za wszystko!
Chcielibyśmy również życzyć Wam wszystkim, by ten nadchodzący Nowy Rok był jeszcze lepszy. Nie bójcie się realizować swoich marzeń i planów, nawet jeśli inni patrzą na nie krzywo. Spełniajcie marzenia, przełamujcie lęki, podróżujcie i bądźcie szczęśliwi! Zawsze wytrwale dążcie do celu i nigdy się nie poddawajcie, a każdą porażkę potraktujcie jako motywację do działania. Życzymy Wam po prostu SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! :)
STYCZEŃ - Bolków i Projekt Arado
MARZEC - Góra Ślęża
KWIECIEŃ - Drezno i Pałac Moritzburg, Kolorowe Jeziorka
MAJ - Błędne Skały, Szczeliniec Wielki
CZERWIEC - Fuerteventura
SIERPIEŃ - Londyn, Weymouth
LISTOPAD - Góra Radunia
Mając w końcu trochę czasu wolnego, postanowiliśmy, że ruszymy się gdzieś z domu. Tym bardziej, że Rudi już od dawna nigdzie nie był ;) Nie planowaliśmy długiej wycieczki, dlatego uznaliśmy, że okolice Ślęży będą idealne. Spakowaliśmy Rudego do Zafiry i 12 listopada ruszyliśmy w drogę! Podróż nie trwała długo, początkowo planowaliśmy odwiedzić nieczynny kamieniołom, lecz ostatecznie nasz wybór padł na znajdującą się zaraz obok Ślęży górę Radunię.
Nasza podróż poślubna powoli dobiega końca. Lecz tego przedostatniego dnia nie zamierzaliśmy zmarnować na leniuchowanie w hotelu, choć miał to być jednak leniwy dzień ;) Po śniadaniu poszliśmy na chwilę na miasto, a następnie na pizzę do naszej ulubionej pizzerii. Po powrocie do hotelu przebraliśmy się w stroje kąpielowe i pieszo ruszyliśmy na wydmy do Parque Natural Dunas de Corralejo. Spacerem zajęło nam to około 40 minut ;)
Przyszedł dzień kolejnej wycieczki poza wyspę. Wyjazd na Lanzarote :)
Od rana zapowiadała się brzydka pogoda i już chwile po wyjściu z hotelu zaczęło kropić. Deszczowa pogoda nie była dla nas niczym złym, bo na katamaranie dość mocno nas spiekło, więc brak słońca i chłód był nam bardzo na rękę. Niestety jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy jak ta zła pogoda wpłynie na nasze wrażenia z wycieczki na wulkaniczną wyspę. W 10 minut znaleźliśmy się w porcie czekając na przeprawę promową. Musieliśmy pilnować swojego autokaru, bo jechały z nami jeszcze 4 inne grupy i byłby problem gdybyśmy się pomylili, gdyż wyspę zwiedzać mieliśmy objazdowo ;)
Na ten dzień czekaliśmy od początku naszego przyjazdu tutaj ;) W planach mieliśmy wybranie się na wydmy! Poszliśmy więc w stronę przystanku autobusowego, zakupiliśmy bilety i ruszyliśmy w drogę! Wysiedliśmy przy znajdującym się na środku wydm hotelu RIU i stamtąd pieszo szliśmy wzdłuż plaży, by znaleźć miejsce spokojniejsze, gdzie ludzi będzie mniej ;)

















